Na tym festiwalu brak półśrodków – wszystko wykonane jest na maxa, na większą Chwałę Bożą. Pełen rozmach. Dzięki tej inicjatywie wiele dusz oczekuje Pana bardziej niż Strażnicy Poranka. Oczami wyobraźni już widzę „tłum wielki, którego nikt nie może zliczyć, z wszystkich pokoleń, narodów, ludów oraz języków” jak „donośnym głosem śpiewają wobec Baranka”.
O inauguracyjnym koncercie TGD festiwalu „Stróżów Poranka” pisze Michał Buczkowski
Początek inaczej
– Chcieliśmy podziękować pani Genowefie, gospodyni na plebani naszego czcigodnego proboszcza, za to, że przygrzała pierogi ruskie dla basisty, który spóźnił się na obiad. I dziękujemy też panu akustykowi z domu kultury, że zapalił nam światło przed wejściem, bo nie mogliśmy znaleźć włącznika – wiele festiwali piosenki religijnej zaczyna się od tego typu uprzejmości. I wtedy publiczność czeka na gwóźdź programu podziękowań – ktoś podchodzi do mikrofonu i dziękuje temu, któremu nikt nie podziękował, czyli dziękującemu. Wtedy już tylko ktoś odczyta (koniecznie z pomiętej kartki) historię inicjatywy i cele organizatorów oraz podziękuje Panu Bogu i… i w końcu, po godzinie, gdy każdy ma serdecznie dość, muzycy mogą wejść na scenę i zagrać koncert. A przecież można inaczej… Choćby tak, jak na festiwalu „Stróżów Poranka”.
Po instrumentalnym wykonaniu hymnu festiwalu („Każdy wschód słońca”) na scenę dynamicznie wchodzi konferansjer i bez zbędnych ceregieli wita się z publicznością (jego uśmiech od razu dobrze nastraja). Rubaszny Ryszard Sadłoń, organizator nie potrafi zanudzać – w kilku słowach przybliża ideę i początki oraz zwraca uwagę na najciekawsze wydarzenia. Przedstawienie zespołu i rozpoczęcie koncertu TGD. Wystudiowane wejście chóru w trakcie instrumentalnego wstępu robi wrażenie. Nie czekając na to, aż publiczność się wciągnie, od samego początku dają się z siebie wszystko, rozpoczynają od melodii dobrze znanych. Efekt? Już po pierwszej piosence uzyskują entuzjazm widowni.
Ich granie to żywioł. Nawet najładniejszą i najspokojniejszą melodię zbudowaną na ciekawych harmoniach nieustannie podbija kołyszący rytm. Gospelowe „bujanie” to nie tylko sposób zachowania na scenie, ale i niezbędny element śpiewania. Oni śpiewają całymi ciałami, ruch jest konieczny. Piotr Nazaruk – dyrektor artystyczny grupy i dyrygent – za mikrofon chwyta rzadko, nie daje też wielu wskazówek muzykom. Głównie się rusza. To pokazuje, jak ważny jest ruch w gospel: najważniejszy człowiek w chórze podczas koncertu właściwie ciągle tańczy. Chór porywa wszystkich, pytanie tylko czy to rzeczywiście chór? Przecież każdy z nich trzyma w ręku osobny mikrofon. To kilkunastu solistów, którzy postanowili nie zagłuszać jeden drugiego, ale słuchać się nawzajem. Zresztą co chwilę kto inny wychodzi, by faktycznie objąć funkcję solisty (najczęściej jednak żona Piotra, Emilia Nazaruk oraz gość: Mateusz Otremba – Mate.O).
Ewangelizacyjny inaczej
Czy każdy koncert chrześcijan musi być ewangelizacją? Wydaje mi się, że nie – występ może mieć na celu zebranie chrześcijan dla wspólnego uwielbiania Boga, może być też po prostu rozrywką dla utwierdzonych w wierze. Trudno byłoby mi pomyśleć, że na „Stróżów Poranka” przychodzą ludzie niewierzący, wymagający „podstawowej” ewangelizacji. Sądzę, że prawie wszyscy to członkowie wspólnot parafialnych, ludzie zaangażowani w życie Kościoła. To jednak nie oznacza, że koncert traci sens – chrześcijanom potrzebna jest przecież chrześcijańska rozrywka. Wpływanie na emocje ma znaczenie nie tylko na starcie, gdy człowiek zaczyna życie z Chrystusem. Rozgrzewanie serc oziębionych codziennym trudem jest równie chwalebne.
A rozgrzewanie jest solidnie przygotowane. Można by to nazwać, za Marcinem Jakimowiczem, socjotechniką modlitwy. Układ piosenek, rozłożenie akcentów, momenty przyspieszania i zwalniania są dokładnie przemyślane. Atmosfera jest umiejętnie wytwarzana i podtrzymywana. Gdy cała sala szaleje i spija słowa z ust wykonawców, następuje niezauważalne wyciszenie, tempo opada i nadchodzi moment świadectwa – niby w ciszy, ale delikatny flet ciągle kołysze umysły, grzechotki podkreślają ważniejsze słowa, cichutki bas nieustannie nadaje rytm…
Piotr Płecha opowiada o pieśni, której warto się nauczyć, bo przyda się ona w… Królestwie Niebieskim. Głupio byłoby trafić do nieba i nie umieć włączyć się w chóry zbawionych! A tekst jest w Apokalipsie, więc warto go sobie przyswoić czym prędzej. Kto po takiej zapowiedzi nie chciałby włączyć się w uwielbienie? Osobiste świadectwo połączone z umiejętną retoryką przekonuje ludzi. Profesjonalizm, otwartość i szczerość.
Przygotowany inaczej
Po ostatniej piosence konferansjer wbiega na scenę (po tak energetyzującym występie nie dałoby się „wkroczyć”). To jest moment na podziękowania! Wyczytanie listy sponsorów, gdy publiczność jest w stanie euforii, ma chyba większy sens, niż gdy znudzona czeka na rozpoczęcie. Każdy sponsor otrzymuje brawa od zebranych. Nie są wymuszone, są podziękowaniem za niezwykłe emocje, których wszyscy właśnie doświadczają. Po tym wszystkim wystarczy tylko, że Piotr Nazaruk zakrzyknie: „Nie trzeba siedzieć!”, a zabawa wróci, jakby nie była w ogóle przerwana. Jeszcze kilka piosenek – starych i nowych, jeszcze trochę radości, jeszcze trochę modlitwy – bisy to chyba najlepsza część koncertów. A później, według zasady mówiącej, że lepszy niedosyt niż przesyt – zakończenie.
Ale kończy się tylko jeden występ, a nie festiwal. Kolejne imprezy gonią się nawzajem, każda przygotowana jako specjalna i jedyna, a to dodatkowe smaczki wizualne, a to sekcja smyczkowa, a to nieprzeciętna oprawa – do każdego wydarzenia jakaś atrakcja urozmaicająca.
Na tym festiwalu brak półśrodków – wszystko wykonane jest na maxa, na większą Chwałę Bożą. Pełen rozmach. Widziałem już wielokrotnie, jak organizatorzy chcieli nadać swojej imprezie większą rangę, nazywając festiwal międzynarodowym. Wystarczyło, że ktoś sprowadził kolegę z zagranicy (który zagrał na okarynie) i już nadawano szumną nazwę. W przypadku tego festiwalu „międzynarodowy” oznacza, że wydarzenia związane z festiwalem odbywają się w kilku krajach! (Litwa, Bułgaria…) Za wymyślenie takiej formuły międzynarodowości należy się duże uznanie, a co dopiero za wprowadzenie jej w życie! Dzięki tej inicjatywie wiele dusz oczekuje Pana bardziej niż Strażnicy Poranka. Oczami wyobraźni już widzę „tłum wielki, którego nikt nie może zliczyć, z wszystkich pokoleń, narodów, ludów oraz języków” jak „donośnym głosem śpiewają wobec Baranka”.


