Nie zamykajcie mi ust, gdy dobrze gadam!

Toruńska formacja Ox, to ze wszech stron nietuzinkowy okaz na naszej rodzimej scenie muzycznej. Począwszy od nieszablonowej i naprawdę poruszającej muzyki, poprzez intrygującą minimalistyczną filozofię egzystencji zespołu, a skończywszy na rozbrajającej szczerości, prostocie i trzeźwości oceny, tego co nam tzw. „świat” podaje. Rozmawiać z Danielem Dębniakiem, basistą Ox-ów, okazje miałem za kulisami Song of Songs. Nad dyktafonem spędziliśmy blisko półtorej godziny. Oto stenogram z części naszej dysputy o muzyce, biznesie, wierze, piłce nożnej i nowej płycie Ox-ów „Wołaj”. Z DANIELEM DĘBNIAKIEM z OX rozmawia MICHAŁ PIASECKI

 

Dalej uważacie, że dla Waszego zespołu nie ma miejsca w polskim biznesie fonograficznym?

Dokładnie! Chociaż wiesz, wszystko się może zdarzyć…

Nie pociąga Was to ani trochę? Wytwórnie, wywiady, trasy, kontrakty… (śmiech)

(śmiech) Powiem tak: trzeba zacząć od fundamentów. Dla nas jest jasne, i mówimy o tym otwarcie, że człowiek musi być zbawiony jeśli chce przeżyć. Czyli mówiąc formalnie, niesiemy Dobrą Nowinę, czyli Ewangelię, nie? Jezus mówił zaś nie raz i nie dziesięć, że świat tego nie zniesie i tego nie polubi. Nie ma się więc co łudzić, że media – czyli świat – będzie chciał o tym mówić. To jest wręcz nie logiczne, gdyby tak miało być. My nie staramy się nawet podchodzić do tego tematu, bo wiem, iż nie ma to racji bytu… Owszem, w Stanach są wytwórnie. Ale to są Stany, tam kościołów i wierzących są miliony, miliony. Tam są wytwórnie, ale to nie „świat” je organizuje, tylko właśnie kościół. Dlatego też nie wysyłamy nigdzie materiału, bo to nie ma sensu. Strata czasu. Wywiady? Powiem szczerze, daliśmy może 3, 4 sensowne wywiady, które się potem ukazały i nie zostały pocięte. Do takiej jednej chrześcijańskiej gazety, nazwy nie wspomnę, daliśmy dla przykładu prawie dwugodzinny wywiad. Rozmowa była ekstra, ale gdy ukazała się w gazecie, okazało się że wyszliśmy w niej na jakichś tam freak’ów. „Chrześcijaństwo – ooo! – super sprawa!” Zupełny bezsens, stracony czas.

Jak widzisz przyszłość tego zespołu, jakie macie perspektywy?

Naszym celem na dzisiaj jest granie w jak najcięższych warunkach i w jak najbardziej oddalonych miejscach. Nie w dużych miastach, chyba że coś się wydarzy, ale bardziej w małych miasteczkach i trudnych miejscach. Chcemy wejść np. do więzień.

Słyszałem, że marzy się Wam koncert dla satanistów.

Z satanistami! No, fajnie by było… super! Była taka możliwość. Był organizowany taki mały festiwal metalowy w Toruniu i miał przyjechać Kat. Był temat, myśleliśmy czy zagrać, czy nie zagrać z nimi. Stwierdziliśmy, że co tam będziemy się martwić, to nie my mamy problem, tylko oni. Potem okazało się że Kat nie przyjechał. Ale my zagraliśmy. Jeśli zaś chodzi o samych satanistów, to nie na zasadzie, aby robić tam jakiś kolejny rekord Guinessa. Graliśmy w więzieniu, graliśmy w poprawczaku, graliśmy gdzieś tam, to teraz trzeba zagrać dla satanistów, nie! Ja uważam, że sataniści, to ludzie którzy myślą i większość z nich to bardzo inteligentni ludzie. Oczywiście mówię o tych prawdziwych satanistach, a nie sezonowych. Nie zgadzają się na to, co jest im podawane, na panujący system i szukają wyjścia, prawdy. Tyle tylko, że okrutnie się zagubili i zostali okrutnie okłamani. Tak brutalnie okrutnie! Z tym, że wiesz, dla mnie to nie jest próba siły. Szatan, to nie jest anty-bóg, czyli ktoś o równej Bogu sile. To jest jakiś tam… wypierdek, który się zbuntował. Nazwijmy rzeczy po imieniu, to jakiś tam cieć (śmiech). Ja się nie boję grać z satanistami, bo Bóg jest na tyle mocny, że jest w stanie nas ochronić przed czymkolwiek! Więc kto tu ma się bać? Ja nie.

Pozwolę sobie zacytować Ciebie samego: „Jeśli ktoś miałby mnie uderzyć, to Bóg musi mu na to najpierw pozwolić, inaczej ręka uschnie mu w powietrzu.”

Dokładnie, dokładnie. Tak jak jest w Księdze Daniela. Ci którzy mieli być wrzuceni do pieca powiedzieli, że jest tak i tak, że Bóg jest taki i taki i może ich ustrzec i koniec.

Jak spozieram na tę Waszą płytę i gadam teraz z Tobą, to mam wrażenie, że macie olbrzymi potencjał, który nie do końca chcecie chyba wykorzystać. Powiedzmy, że gralibyście jeszcze 25 lat i podszedłby do Ciebie któregoś dnia gość i powiedział: „Stary, dlaczego dopiero teraz usłyszałem Waszą muzykę, Wasze teksty?! Gdybyście wypłynęli bardziej na powierzchnię, gdybym Was wcześniej poznał, nie spaprałbym swojego życia tak jak je spaprałem”… Nie maiłbyś poczucia, że mogliście zrobić coś więcej, że może niepotrzebnie poszliście na żywioł, puściliście wszystko, niech płynie samo i samo się broni?

Są dwa aspekty tego pytania. Pierwszy, najważniejszy, to fakt, że my żyjemy z Bogiem. Oznacza to, że fizycznie z nim żyjesz. On ma o tyle lepszą sytuacje, że widzi wszystko do koła. Dzieci, które z nim żyją, mają o tyle lepiej, że kiedy popełniają błędy, On stara się im je po ojcowsku wytknąć. Czyli, jeśli robimy coś źle, On nam to powie. Na takiej zasadzie to działa i powiem ci teraz tak: (może nikt tego nie łyknie, nie obchodzi mnie to generalnie) ja uważam, a wręcz, jak mówi Kwaśniewski, „jestem o tym głęboko przekonany” (śmiech), że im więcej się modlimy, szukamy Bożego oblicza, tym więcej gramy koncertów. To się naprawdę fizycznie przekłada na nasze koncerty. Im więcej szukamy Jego, tym więcej gramy koncertów; im mniej szukamy Jego, tym mniej mamy koncertów. Im więcej próbujemy sami załatwiać, tym mniej nam wychodzi. W naszym przypadku jest tak już od 7 lat. Dlatego też spokojnie i bez żadnego strachu kładę się do łóżka i nie myślę o tym, że jeśli nie wysłałem płyty tam gdzieś, to zaprzepaściłem nasze 5 min w historii. Dwa: wydanie się w jakiejś podziemnej wytwórni, to w zasadzie to samo, co w przypadku dużych firm. Przynosisz materiał, oni mówi np. że fajnie by było, gdybyś popchnął gitary do tyłu albo do przodu, to wtedy oni sfinansują ci wydanie. Nam wydanie płytki zapewne się zwróci… nie, już się zwróciło. Nakład mielibyśmy pewnie nie wiele większy, dystrybucje taką samą, więc różnica w zasadzie jest żadna. Za to wydanie się w dużej wytwórni, to układ w którym musisz dać coś „dziadowi o zniszczonych nerkach”. Może wyzywam kogoś bez sensu, ale z drugiej strony wiem jak to wygląda. To czy jakaś płyta wyjdzie i kiedy, to się ustala w Opolu na imprezie. Wojtek Pilichowski powiedział kiedyś fajnie, że gdyby wytwórnie wydawały tyle samo pieniędzy na debiutantów, co na kawę, to byłoby super. Tak to u nas wygląda – debiutantów się nie lubi, nawet tych którzy grają pop. Majorsi lubią sprawdzone rzeczy. Ten świat jest nam tak dalece daleki, że tylko wtedy, gdy będzie nam coś niesamowicie korzystne, to coś tam może wydamy. Wiesz, ja uwielbiam słuchać nas samych i grać, ale jednocześnie wiem, że to nie jest najlepsza muza na świecie. Nie mam absolutnie żadnego żalu, że ktoś tam nas nie wyda. Po prostu tak jest jak jest i taki mamy cel. Jesteśmy czterema prostymi chłopakami, którzy lubią spokój w domu, grill, pojechać czasem na koncert, przyłomocić i wrócić znowu do domu. Żadna tam ekstrema…

Wasza muzyka to naprawdę konkretny bigos muzyczny. Czuć tu masę różnych składników. Jakie są Wasze główne inspiracje? Czego sami słuchacie?

Wiesz co, powiem ci szczerze. Z nas muzycy są żadni. Gdybyś nas zobaczył na próbach… Jeden kawałek powstaje najmniej 3 miesiące. Niektórzy w tym czasie robią całą płytę. To jest dla nas zawsze jak poród, jak jakiś obłęd. To jest zawsze fatalna sprawa. Jak mamy robić nowy kawałek, to wszyscy od razu są chorzy. Sami słuchamy dużo muzy chrześcijańskiej ze Stanów…

Na przykład?

Project 86, Demon Hunter, Decyfer Down, Flyleaf, to raczej mało znane w Polsce kapele. Ale słucham też trochę hip-hopu, gospel… Ta muza jest naprawdę tak różnorodna i tak fajna, że my chcąc czasem coś podrobić, gramy tak źle, że i tak wyjdzie nam kompletnie coś innego (śmiech). Poważnie! Poprzez naszą nieudaczność wychodzi nam taka muzyka, jaka wychodzi. Duża zasługa leży w brzmieniu, które nam ukręcił nasz kolega. [Marcin Lampkowski – przyp. red.] Sami nie bylibyśmy w stanie czegoś takiego zrobić. Chcemy brzmieć po amerykańsku, bo to jest fajne, potężne brzmienie… Ja uwielbiam brzmienie tej naszej płyty! Jest takie potężne! Dużo naszych tekstów jest wziętych bezpośrednio ze spotkań w różnych kościołach amerykańskich. Tam ci pastorzy mówią naprawdę do ludzi. Do ludzi, a nie ponad nimi! To inspiruje. Czasem są to bardzo fizyczne rzeczy, bardzo bliskie ciału. Koszula jest bliższa ciału, więc ją lepiej czujesz, nie? Tu szukamy pomysłów na teksty. Muzycznie zaś jest to zawsze pewna wypadkowa. Ja bardzo dla przykładu lubię The Prodigi z niechrześcijańskich rzeczy.

Dużo słuchacie „niechrześcijańskiej” muzy?

Czasami. Ja na co dzień mam włączony GS TV, to taki kanał chrześcijański. Leci u mnie w chacie praktycznie non stop. Leci tam wszystko, od hip-hopu, przez gospel, po łomot. A chłopaki? Dj i perkusista mają malutkie dzieci, więc dużo sobie nie mogą posłuchać (śmiech). Gitarzysta też słucha różnych rzeczy. Od Sugar Babys do łomotu. Oczywiście wszyscy kochamy Korn, The Prodigi, Sepulturę… Nie słuchamy tego jednak strasznie dużo. Wiesz, muza chrześcijańska… To po prostu czuć, że się czymś różni. Ona cię ładuje inaczej, nie spuszcza z ciebie powietrza. Chociaż The Prodigi, to wiesz, praktycznie uwielbiam. Dla mnie to jest taka muza, że koniec świata. Uwielbiam to i chciałbym cos takiego grać, mam nadzieję, że będziemy szli w tym kierunku, aczkolwiek u nas zawsze wypadkowa określa kierunek. Kompromis…

Zostańmy chwilę przy tekstach. Dla mnie są one wręcz niesamowite. Minimum treści, maksimum jasnego i konkretnego jak strzał w mordę, przekazu. Prawie jak, nie porównując, u Marksa! Jak powstają Wasze liryki?

Powiem ci, że to też jest dla nas droga przez mękę. Zawsze jest jakaś idea. W tym i tym kawałku chcielibyśmy oprzeć wszystko na takim zdaniu, bo któremuś z nas coś takiego tkwi w serduchu… Ale chcemy podchodzić do tego wszystkiego logicznie. Nie na pałę! Bo gdy słuchasz muzy, to przede wszystkim słuchasz wokalisty, nie? Wokal i wokalista, to często 50% sukcesu. Muzyka jest dla nas nośnikiem. Nie jest ideą sama w sobie. Fajnie jest grać, wręcz super, ale my chcemy grać o Bogu. Więc granie z tekstem, którego nie słychać i który się nie przebija, jest bez sensu (śmiech). Bez sensu! Musieliśmy wymyślić taki sposób, aby przy fakcie że nie umiemy śpiewać, przenieść idee. Wiedzieliśmy od początku, że będziemy grać w takich miejscach, gdzie to wszystko będzie bardzo kiepsko nagłośnione. Początkowo nikt z nas nie śpiewał, tylko wszystko było na samplerze. Teksty były nagrywane i puszczane przez dj-a w odpowiednim momencie. Później okazało się, że trzeba to bardziej ożywić, gdyż jest zbyt surowe. Zaczęliśmy coś krzyczeć, a z czasem trochę nauczyliśmy się gardłem posługiwać. Ale mimo wszystko nie potrafimy tego na tyle, aby dać sobie radę z długimi rzeczami, więc muszą to być krótkie zdania. To raz. Dwa, że wiem jak ludzie to odbierają. Jeśli chodzisz na mszę, to rzadko kiedy pamiętasz co ksiądz mówił dziś na kazaniu, a co dopiero wczoraj. Ale pamiętasz piosenkę, którą ktoś zaśpiewał na obozie 20 lat temu. „Dmuchawce, latawce, wiatr”, czy „O wrzosowisko, coś tam…”. Te sentencje pamiętasz. Więc trzeba wymyślić takie teksty, aby zapadały w uszy i zostawały. Dwa, trzy zdania, bo potem się już człowiek gubi. W nich trzeba coś zawrzeć. Wiadomo, to jest mało. Dlatego między kawałkami staramy się coś tam do ludzi mówić, opowiadać. W ogóle, to jeśli chodzi o koncerty, to marzy mi się aby na przyszłość robić je inaczej niż tylko: „kawałek, przerwa, kawałek, przerwa”. Mieć wizualizację i zrobić z tego przedstawienie. Nie tak jak No Longer Music, oni robią teatr. To jest kapitalna sprawa, ale nas na to nie stać. Nie pozwolić człowiekowi się przy tym nudzić. Denerwować go, prowokować… Wracając do tekstów, to są one proste, bo my jesteśmy prości. Mówię naprawdę szczerze i poważnie. Nikt z nas inteligentem nie jest. Do mnie trafia „Nie śpijcie, nie!”; „Nie zamykajcie mi ust, gdy dobrze gadam”… To trafia do mnie, więc i trafi do średniaków, którym ja sam zresztą jestem.

Podyskutuj z autorem:
firsttohell@interia.pl

WordPress Gallery Plugin