Śpiewna kiczowatość

fragm. obrazu

Jest trochę ludzi, którzy lubią pośpiewać sobie stare pieśni i powspominać stare dzieje. Z drugiej strony są i tacy, których stare dzieje i pieśni nie interesują, bo zbawienie zależy od tu i teraz. Ale i ci, i tamci najczęściej odwracają się od pamiątek epoki leżącej tuż za progiem: od gipsowego kiczu, który za życia naszych dziadków i pradziadków zastąpił gotyckie i barokowe ołtarze. Tego, który najczęściej otacza nas podczas wakacyjnych, wiejskich wędrówek.

JACEK KOWALSKI

 

 

 

To patrząc na ten kicz śpiewali nasi dziadkowie kiczowate piosenki:

Piastunie wdzięczny Jezusa miłego,
Śliczny kwiateczku ogrodu rajskiego.

Poszukajmy adresata. Poznamy go, gdy z wyłączoną (koniecznie!) komórką i plecakiem na plecach wstąpimy do jakiegokolwiek kościoła – czy ceglanego, neogotyckiego, na węglowym Górnym Śląsku, czy do drewnianej świątynki w Puszczy Zielonce pod Poznaniem. Adresat pieśni zewsząd nas atakuje, a wraz z nim inne, pokrewne mu, kiczowate postaci. Na kościelnym obejściu – kiczowata grota z Lourdes z kiczowatą Bernadetą i kiczowatą aureolą z żarówek nad głową kiczowatej Madonny. Obok – misyjny krzyż z kiczowatym Panem Jezusem. W środku kiczowaty święty Józef z kiczowatą świętą Tereską. I wreszcie arcykiczowaty święty Antoni. Ten ostatni to właśnie ów „Piastun wdzięczny” z piosenki. Ba! mógłby uchodzić za symbol kiczu wszechczasów – przesłodki, uśmiechnięty gipsowo, z równie gipsowo gołym Panem Jezuskiem na ręku… aż zęby bolą! Prawda?

Pewien współczesny antropolog wyprodukował na temat tego kościelnego kiczu ciekawą hipotezę. Napisał, że gipsowa, dewocyjna sztuka katolicka wydaje mu się zwiastunem „bliskiego już końca europejskiej kultury”, bo „trudno byłoby studiując porywające dzieła impresjonistów, van Gogha i ekspresjonistów przewidzieć nadciągającą w ich czasach szybkimi krokami katastrofę nowożytnej Europy” – dwie straszne wojny światowe –„ale schodząc na poziom wyrobów dewocyjnych, ta katastrofa jawi się jak nieunikniona klamra dziejów”.

Czas więc zaprotestować i pełnymi nozdrzami wchłonąć piękno i głębię naszego kiczu. Piszę to na serio, serio. Przecież to nie słodkie obrazy religijne, lecz właśnie obłędne płótna Van Gogha i ekspresjonistów, jakkolwiek piękne, były zwiastunami powszechnego szaleństwa XX wieku! Zaś nabożne obrazki to wcale nie bezpośredni zwiastun apokalipsy, lecz zapowiedź innej jeszcze, wielkiej przemiany w dziejach Europy, przemiany, która poczęła się w XIX wieku, a w I połowie wieku XX ostatecznie się dokonała. Tą przemianą było wejście na arenę dziejów ludu, chłopów i robotników. Kiczowate obrazki były robione w znacznym stopniu dla nich właśnie – dotąd pogardzanych, biednych, którzy nagle zyskali prawną i obywatelską osobowość. Ten właśnie lud, wzięty w rekruty, walczył w okopach I wojny światowej, ale i głosował w pierwszych wolnych wyborach parlamentarnych, i szedł do zwycięskich narodowych powstań po I wojnie światowej, i wreszcie zapełnił wykładowe sale uniwersytetów. Rzecz znamienna, że styl dziewiętnastowiecznych dewocjonaliów był – o dziwo – stylizacją podobną tej, którą stosowano do masowych wyrobów „patriotycznych” tamtej epoki. A skutek ich oddziaływania to bynajmniej nie „koniec cywilizacji”, lecz przeciwnie – przynajmniej w Polsce wtedy właśnie społeczeństwo poczęło krzepnąć, opowiedziało się za odrodzeniem Rzeczypospolitej; a równolegle nastąpiła budowa samorządnej i porządnej katolickiej społeczności miejskich i wiejskich parafii. Trzeba więc uważać na słowa!

Z tego powodu dawne obrazki komunijne, figury i oleodruki świętej Tereski, świętego Antoniego i świętego Józefa zachwycają mnie. Nie tylko bezpretensjonalną szczerością wypowiedzi – także swoim „pochodzeniem”. Są przecież bezpośrednimi świadkami pobożności, która wydała prawdziwych bohaterów Kościoła i Polski.

Wreszcie, trzeba też zrozumieć genezę tej łagodno-słodkiej sztuki. Otóż jest ona wynikiem promieniowania prawdziwych arcydzieł, którymi zachwycali się Szopen, Mickiewicz, Słowacki i Norwid. Chodzi o twory romantycznego malarstwa, zwłaszcza tak zwanych Nazareńczyków, niemieckiej grupy artystów, którzy uparli się naśladować Rafaela, czynili to bardzo skutecznie i podbili swoją sztuką połowę Europy. Tym niemniej późniejsza popularyzacja „nazareńskiego” stylu, druczki i oleodruki mnożące się w ilościach przemysłowych, rzeczywiście naznaczone były nieznośną dla prawdziwych artystów manierą. Przemysł zaczął stylu tego nadużywać i przekuł go na swego rodzaju „medialną pobożność” katolicyzmu, znaną nam ze starych obrazków komunijnych..

Nie zmienia to faktu, że hitlerowcy nienawidzili słodkich obrazków (jako sztuki „podludzi”) niewiele mniej, niż awangarda artystyczna (jako sztuki „pompierów”, bezguścia małych burżujów). Zanim Hitler powiedział: „można być albo Niemcem, albo chrześcijaninem”, surrealiści bawili się w „obrażanie księdza” tak samo, jak młodopolanie pragnęli tępić filistrów, a Julian Tuwim – „strasznych mieszczan”. A przecież właśnie kiczowatymi dewocjonaliami otaczali się święty Maksymilian Kolbe i Faustyna Kowalska… Ludowi misjonarze sprzed 150 lat tymi kiczowatym obrazkami naprawdę nawracali ludzi, a groty Matki Boskiej z Lourdes widziały niejeden cud. Nic nigdy nie jest więc proste i jednoznaczne! A już zupełnie poza tym, „przesłodzona” sztuka Nazareńczyków ostatnio znów budzi zasłużony podziw, jest badana i wystawiana. Jeśli zaś chodzi o zapowiedź „końca cywilizacji” – to piszący te słowa widzi ją obecnie raczej w wyczynach tak zwanej sztuki współczesnej (pseudosztuki – czy jak ją tam zwał), o której przyszłe pokolenia zapomną lub też ochrzczą ją pewnie mianem kiczu dla pseudointeligentów.

Wróćmy wszakże do pieśni, piosenek i do świętego Antoniego. Gipsowe posągi i masowo powielane obrazki ukazują go jako młodego, ślicznego zakonnika z Dzieciątkiem Jezus na ręku, które miało mu się ukazać podczas czytania Pisma Świętego. Barokowe płótna i pieśni są tu kompatybilne ze słodkimi obrazkami. Piastowanie Dzieciątka zupełnie przesłoniło jego najgłośniejsze dokonania za życia. Przypomnijmy: ów franciszkanin żył w XIII wieku (ok. 1195-1231), słynąc jako teolog i kaznodzieja. Świętość jego tak powszechnie słynęła, że już w rok po śmierci został kanonizowany. Z początku modlono się doń raczej tylko we Włoszech, ale później, generalnie od czasów kontrreformacji, jego obrazy i figury pojawiły się we wszystkich katolickich krajach. W tym i w Polsce. Jednak najwięcej powstało ich jeszcze później, właśnie dopiero w XIX i XX wieku. Wówczas sławiono go przede wszystkim za cuda dokonane po śmierci – a więc jako orędownika przed Bogiem w różnych trudnych sprawach:

I w domu i wszędzie
Tam szkody nie będzie,
Gdzie Antoni przybędzie.

Jedna z innych, kunsztownych, barokowych i śpiewanych powszechnie w XIX wieku pieśni wymienia kolejne „problemy”, od których Antoni był „specjalistą”, i o które warto się było doń modlić. A zatem pomagał szczególnie w razie lęku przed śmiercią, zabłądzenia, nagłych nieszczęść, napaści diabelskiej, śmiertelnej choroby, głodu, trądu, nawałności morskiej, niewoli pogańskiej, wreszcie utraty „Boga, skarbu lub przyjaciela”. Czasem tylko z opowieści naszych babć, ale niekiedy i z osobistej praktyki wielu z nas zna „poszukiwawczą” działalność tego patrona, który lubi „wymieniać” zgubione przedmioty na pieniądze, które modlący się obiecają ofiarować biednym. Rzadziej pamięta się o cudach, które jakby bardziej zajmowały ludzką wyobraźnię w średniowieczu i baroku. A zatem – o jakże „franciszkańskim” w wyrazie kazaniu do ryb. Albo o upokorzeniu niewierzącego w Najświętszy Sakrament heretyka. Antoni sprawił bowiem, że na przekór kacerzowi, nierozumne bydlę oddało cześć Przemienionej Hostii:

Tak ważne były Antoniego mowy,
Że ryby z morza wystawiały głowy
Słuchając słowa Bożego
Przezeń dziwnie mówiącego,
Nawet i zwierzęta,
Powietrzne ptaszęta
Słuchały elementa…

Nie uczcił Boga heretyk zawzięty,
Kiedy Antoni niósł sakrament święty:
Osiołek chociaż zgłodniały
Oddał Bogu pokłon chwały,
Nie chciawszy jeść siana
Klęknął na kolana
I tak prawda uznana.

Czy te pieśni są rzeczywiście kiczowate? Nie wstępują na wyżyny Parnasu, ale są świetne… Zupełnie godne, by współtworzyć nasze muzeum wyobraźni – w którym mieści się i barokowy aniołek i gipsowy święty Antoni. Wiersz księdza Twardowskiego daje temu gipsowemu Antoniemu pełne obywatelstwo w naszej wierze – i współczesnej kulturze:

szukam ewangelii z przedsoborowych tłumaczeń
spod gęsiego pióra Jakuba Wujka
w której czytano „onego czasu”
fruwały ptaki niebieskie
rósł kąkol nieogolony
pachole podawało koszyk na pustyni
dzień się nachylił
na Taborze Jezus jaśniał jak śnieg
martwił się o rentę nie rządca lecz włodarz
jedno słowo „maluczko” krzyczało szeptem
biegły po ciemku panny głupie
a ciało jak ciało było mdłe
szukam ewangelii
kiedy dzieciństwo było jak zawsze raz tylko

Święty Antoni Padewski Ratowniku Pośpieszny
niech utyje chwała Twoja – niech się znajdzie zguba moja

Podyskutuj z autorem:
jacek.kowalski@ruah.pl

WordPress Gallery Plugin