Święty jazzman?

W czasie mojej ciemności – ty stałeś się dla mnie łącznikiem
ze światem żywych. Odnalazłeś mnie w moim „grobie”,
jako jedyny nie bałeś się przekroczyć granicy i przebywać w
moim mrocznym świecie. Nie było w tym jednocześnie z
twojej strony żadnego patosu, bohaterstwa czy łaski. Nie
było kogoś, kto daje i kto otrzymuje…
/Marcin Stawicki (RUaH)/

Niejednokrotnie nie doceniamy tego, co mamy na co dzień. Dopiero utrata pozwala nam dostrzec wartość tego, co straciliśmy. Jednak czasem czyjeś odejście jest konieczne, by Bóg mógł prawdziwie się objawić. 23 listopada minęło pięć lat od śmierć Andrzeja Cudzicha – wybitnego kontrabasisty jazzowego, założyciela chrześcijańskiego zespołu AmenBand.

O Andrzeju Cudzichu pisze Mikołaj Budniak

Jazz nie zna litości!

Cóż ja mogę powiedzieć o Andrzeju? – wspomina Janusz Muniak w artykule Łukasza Tischnera „Rozmowa z ojcem”. – Grał wspaniale, był bardzo znakomitym, zdolnym i pracowitym kontrabasistą od początku, jak go poznałem. To był dużego formatu muzyk. Genialny, ale i pracowity. Nie spoczywał na laurach. Cierpliwie i niezłomnie dochodził do celu. – Nie starał się, jak niektórzy muzycy, przeskakiwać siebie i czasu – zauważa. – Czekał spokojnie na efekty, ale bardzo dużo pracował. To był nieustający rozwój.

Grał z legendarnymi muzykami światowej sławy. Od wielu lat sytuował się na najwyższych miejscach krajowych rankingów, wynosząc przy tym bardzo wysoko poziom polskiej muzyki jazzowej. Bardzo szybko zaczął pojawiać się na festiwalach jazzowych jako gwiazda festiwalowa. – Zdyscyplinowany, oszczędny w środkach wyrazu, głębokim niskim tonem buduje fundament podstawy rytmicznej utworu – pisze Antoni Krupa w recenzji płyty „Able to listen”. – W improwizacjach ujawnia „lwi pazur” kontrabasowej wirtuozerii.

Świat artystów często kojarzy się z ciemnymi stronami życia (demoralizacja, nałogi, liberalne podejście do życia, synkretyzm religijny). Szczególnym tego przykładem jest środowisko jazzowe, mówi się: „jazz nie zna litości!”. Pomimo tego, że artyści bardzo często w swych poszukiwaniach twórczych „dotykają” Absolutu, w środowiskach twórczych nie raz dochodzi do dezintegracji człowieka. Można tu odnaleźć wiele jaskrawych i tragicznych historii życia. A nie powinno tak być! Przecież to Bóg obdarowuje artystę, to On jest dawcą tego szczególnego charyzmatu – bycia twórczym. Jednak im większy dar, tym większa pokusa. Pokusa pychy. Bardzo często bywa tak, że funkcjonowanie w tym świecie wyjaławia w człowieku to, co stanowi o jego człowieczeństwie – wolność, rozumność, duchowość. Z powodu specyfiki tego środowiska bardzo trudno jest tu pozostać „czystym”. A Andrzejowi się udało.

Nieświęta ziemia

W latach 90-tych zaangażował się w inicjatywę Spotkań Muzyków Chrześcijan w Dursztynie, potem w Ludźmierzu (obecnie Strefa Chwały w Gródku nad Dunajcem). Tam też świadomie oddał życie Jezusowi. – Trudno jest mi teraz powiedzieć, czy ten moment był akurat kluczowym – dzieli się w wywiadzie dla RUaH (19/2002, str. 17-18). – Przechodziłem raczej pewien proces – proces zakochiwania się w Bogu, w Jezusie. Rozmiłowanie może być gwałtowne, bez opamiętania, ale też i powolne: przez dostrzeganie tego, czego się nie widziało wcześniej. Aż do takiego zachłyśnięcia, że się nic innego nie dostrzega z wyjątkiem obiektu miłości.

Nowe, żywe doświadczenie obecności Boga miało wielki wpływ na Andrzeja, co odbijało się w jego życiu i twórczości. – Zacząłem działać w sposób w miarę uporządkowany. Nowy czas z Bogiem diametralnie zmienił moje życie i miał ogromny wpływ na moją rodzinę i najbliższe otoczenie.

Każdy człowiek musi rozpoznać swoje powołanie. Andrzej Cudzich rozeznając je, odkrył, że Bóg chce, by był on Jego muzykiem. Ma stać tam, gdzie został postawiony – choć nie zawsze ziemia ta jest święta. Rozpoznał, że świat potrzebuje artystów, którzy będą całą swoją twórczością, bez rozdźwięku z życiem, prowadzić ludzi do Jezusa. – Zacząłem pojmować granie nie jako wytwór mojej wyobraźni, lecz jako dar Boga, którym powinienem dzielić się z ludźmi – przyznaje (RUaH 19/2002).

fot. archiwum

W 1995 roku zakłada chrześcijański zespół AmenBand, który ma za zadanie ewangelizację publiczności oraz samych muzyków: – Miał strategię ewangelizacji przez wspólne granie, więc zapraszał do zespołu, również muzyków nie związanych ze środowiskiem chrześcijańskim – komentuje ten fakt Radek Kuliś, perkusista AmenBandu. – Chciał, by w ten sposób mogli obcować z treściami, z którymi może inaczej nie mieliby okazji się zetknąć.

Lider zespołu dążył do muzyki na najwyższym poziomie, dlatego zapraszał do współpracy wybitnych artystów. Oprócz wokalistów, jak chociażby Ewy Urygi, Beaty Bednarz, czy Mietka Szcześniaka, na płytach AmenBandu pojawiło się także wielu jazzmanów. Wśród pianistów warto wymienić Janusza Skowrona (współpracującego z AmenBandem na stałe), Andrzeja Jagodzińskiego, Joachima Mencla, a z saksofonistów: Tomasza Szukalskiego i Erica Marientala.

Andrzej całym życiem i twórczością mówił o tym, w co wierzy i co jest dla niego najważniejsze. – Gwarantem szczęścia jest dla mnie świadomość, że jestem dzieckiem Bożym, że Bóg mnie kocha i to bezwarunkowo. Rodzina oznacza szczęście – dzielił się wiele lat przed śmiercią w „Jezus Żyje”. – Bóg nas stale czymś obdarowuje – mnie też dał jakiś talent i tym uczynił mnie szczęśliwym, za to też stale Mu dziękuję.

Obracając się nieustannie w środowisku jazzowym, w sposób bardzo delikatny był świadkiem Jezusa i trafiał do ludzi będących daleko od Boga. – Większość muzyków pamiętała mnie z moich młodzieńczych, dość „rozrywkowych” lat. A tu nagle się zmieniło, diametralnie się zmieniło, więc było wielkie zaskoczenie – mówi w wywiadzie do RUaH (19/2002). Nie próbował nic udowadniać, nie nakłaniał, nie przekonywał na siłę. Po prostu był sobą – był milczącym świadkiem. – I to właśnie zaczęło przekonywać ludzi. Moi koledzy jazzmani zobaczyli, że żyję inaczej – dodaje.

Nie rozdzielał swej twórczości na jazzową i chrześcijańską. Jego świeckie kompozycje to także świadectwa życia z Bogiem. Świadczy o tym chociażby utwór „Rozmowa z ojcem” nagrany na płycie AmenBandu oraz jazzowej „Simple way”. A Simple way? To nic innego jak droga do Boga. – Ludzie wchodzą w kręte drogi i oddalają się od Pana Boga. Do Boga prowadzi prosta droga – simple way (Jazz Forum 4-5/2003).

Moment K

W 2002 roku Andrzej zachorował na nowotwór. Wiadomość o jego chorobie była szokująca dla wszystkich – rodziny, przyjaciół, środowiska muzycznego. Od tego momentu rozpoczął się wyścig z czasem. Ale nawet wtedy nie przestał być sobą. Zaczął jeszcze bardziej odsłaniać przed ludźmi głębię swojej osobowości. Relacja, jaką miał z Bogiem, zaczęła się intensywnie pogłębiać. – Dopiero podczas jego choroby odkryłem głębię jego serca jako chrześcijanina i muzyka – opowiada Piotr Płecha, muzyk chrześcijański (RUaH 2004, nr 26, s. 11). Przywołuje niezwykłą modlitwę w domu Andrzeja. Podczas spontanicznego uwielbienia Boga, Andrzej wziął kontrabas i zaczął na nim grać. – Nie miał nawet siły, aby stać przy instrumencie. W dźwiękach, które grał, jednak słychać było wyraźnie pewność przynależności do Jezusa i ogromne pragnienie oddawania Mu chwały, bez względu na cenę.

Co się działo w Andrzeju w czasie choroby? To był czas, kiedy jeszcze bardziej zwrócił się do Boga: „Jezu, jesteś tu, świat odszedł w cień. Mam tylko Ciebie. Moje życie – to Ty! Każdy dzień Twoim darem. Nocą jesteś schronieniem mym. Chwała, chwała! Jezu, wielbię Cię!”. To tekst piosenki „Chwała”, którą pisał właśnie w tym trudnym czasie. Krótki tekst, ale jakże trafnie oddający istotę cierpienia. Przedstawia hierarchię wartości chorego, a przede wszystkim relację z Jezusem. Z tekstu emanuje też pewna radość wynikająca z niezachwianej pewności, że Jezus jest z nim w tym cierpieniu, że nie jest sam. Ta piosenka to swego rodzaju świadectwo – testament.

– Ten ostatni czas nas bardzo zbliżył – czytamy w wypowiedzi Mietka Szcześniaka (RUaH 2005, nr 33). – To przywilej – towarzyszyć komuś w odchodzeniu, zobaczyć jak się zmienia na lepsze i lepsze, aż do nieba… Że to jest możliwe.

Czy to już koniec?

Andrzej Cudzich odszedł po walce z ciężką chorobą 23 listopada 2003 (uroczystość Chrystusa Króla!!!). Był, jest i zawsze będzie obecny w sercach i wspomnieniach tych, z którymi współpracował. Jego pogrzeb nie miał nic wspólnego ze smutną, przygnębiającą uroczystością. Było to piękne, pełne radości i dziękczynienia uwielbienie Boga za dar Andrzeja. Ludzie, stojąc nad jego grobem, wyśpiewywali Jezusowi „Chwałę”.

Całkiem niedawno jedna z osób przyjaźniących się z Andrzejem opowiedziała mi historię: „Dzwoniła do mnie przyjaciółka ze Szwecji i zapytała mnie, czy modlę się przez wstawiennictwo Andrzeja, bo ona się modli, i za każdym razem jej prośby zostają wysłuchane…” Wierzę, że historia Andrzeja Cudzicha jako orędownika dopiero się rozpoczyna.

www.andrzejcudzich.pl