Muzyka, której słucha Grzegorz Górny

fot. Weronika Gurdek

Grzegorz Górny – dziennikarz, publicysta, wieloletni redaktor naczelny Frondy, redaktor naczelny tygodnika OZON (2005-2006), autor książki „Demon południa” (2007).

Z wielką przyjemnością słucham węgierskiej muzyki ludowej, a moja sympatia do niej rozpoczęła się 10 lat temu, kiedy zapoznałem się z unikalnym w skali europejskiej ruchem domów tańca. Otóż w każdym większym mieście węgierskim oprócz dyskotek czy dancingów otwartych jest wiele tzw. tanchazów czyli domów tańca, gdzie tańczy się wyłącznie węgierskie tańce ludowe. Codziennie tanchazy zapełnione są młodymi ludźmi, którzy od rock’and’rolla czy techno wolą czardasze lub walce.

Zjawisko to charakteryzuje wiele osobliwości. Po pierwsze – ruch ten bardziej popularny jest w miastach niż we wsiach, chociaż dotyczy tańców wyłącznie ludowych, a więc wiejskich. Po drugie – jest to ruch spontaniczny, oddolny, a nie narzucony odgórnie przez jakieś ośrodki kultury realizujące politykę kulturalną państwa. Po trzecie – w tanchazach dominują nie osoby starsze, lecz ludzie młodzi, głównie w wieku od 15 do 25 lat. Po czwarte – wykonywane są oryginalne utwory ludowe stanowiące autentyczny folklor węgierski, a nie jakieś przeróbki muzyczne w stylu disco-folku.

Mój ulubiony węgierski zespół folkowy to Muzsikas, którego wokalistką jest niezrównana Marta Sebestyen. Ich utwory wykorzystują zazwyczaj motywy ludowe, niektóre jeszcze z czasów, gdy przodkowie Węgrów mieszkali na azjatyckich stepach, wśród plemion ugro-fińskich i turecko-bułgarskich. O tych najbardziej archaicznych pozostałościach muzycznego języka Węgrów wyrażali się z największym podziwem tacy kompozytorzy, jak Zoltan Kodaly i Bela Bartok. Ten ostatni powiedział zresztą, że „odznaczają się one najwyższą artystyczną doskonałością. Uważam je za takie same arcydzieła, jakimi w świecie większych form jest fuga Bacha lub sonata Mozarta.”

Chociaż mam wiele nagrań węgierskiego folku na dyskach i kasetach, to jednak nie są one w stanie zastąpić atmosfery, jaka panuje w domu tańca. Jest ona zupełnie nieporównywalna z atmosferą na przykład podczas koncertu muzyki rozrywkowej, gdzie między wykonawcami a słuchaczami istnieje granica – estrada, czasami rów, szpaler ochroniarzy, tzw. martwa strefa itd. Jest nieporównywalna również z koncertem muzyki poważnej, gdzie jest scena, dyrygent, orkiestra. W tanchazach między muzykami a tancerzami istnieje bezpośrednia więź, a relacje między nimi są obustronne. Muzyka i taniec wzajemnie na siebie oddziałują. Mogą się nawzajem dopasowywać do swojego poziomu, rytmu i tempa. Każdego, kto odwiedza Węgry, zachęcam, aby wybrał się do domu tańca. Naprawdę, niesamowite doświadczenie.