Monodyczny dwugłos o kilku kwestiach

fot. archiwum wydawnictwa Homini

Dla mnie śpiewanie w różnych miejscach bazyliki, wyglądało też jak eksperymentowanie dźwiękiem, który zupełnie inaczej odbijał się w transepcie, w prezbiterium czy na tyłach kościoła. To pierwsza rzecz jaka przychodzi na myśl, kiedy porównuje się te dwa koncerty.

Już nie słuchałam muzyki poważnej, którą trzeba zanalizować pod kątem wykorzystania kontrapunktu czy synkopy, lecz modliłam się przybliżając się do istoty piękna i wyrażającej się przez nią miłości Boga. Dla mnie to było jakieś niesamowite odkrycie, objawienie. Okazało się, że nie tylko dla mnie, ale po co w ogóle to piszę? Dlaczego wszystkie te patetycznie może brzmiące wyznania? Po to, by zarazić Was chorałem. Tylko tyle!

Urszula JAGIEŁŁO i Michał BUCZKOWSKI

„Ciepło śpiewu gregoriańskiego jest pełne surowej powagi.
Ukrywa się głęboko pod powierzchnią zwykłego wzruszenia
i dlatego nigdy cię nie nuży. Ta muzyka wciąga cię w głąb,
gdzie kołysze cię w skupieniu i pokoju i gdzie odnajdujesz Boga.
Spoczywa w Nim i On cię uzdrawia swoją ukrytą mądrością”.

(T. Merton)

Urszula: Gotycka bazylika ojców franciszkanów. Przepiękne polichromie i witraże Wyspiańskiego, które tworzą naprawdę niepowtarzalne doznania wizualne. Mrok połączony z tęczą barw. Pomiędzy prezbiterium a transeptem stoi czterech mężczyzn w czarnych klasycznych frakach i czarnych koszulach. Twarzą zwróceni są do ołtarza. Kościół wypełniony jest ludźmi i muzyką aż po najdalsze miejsca. Oczywiście nie ma żadnego nagłośnienia. Muzycy z Ensemble Organum mogą polegać tylko na sile swojego głosu. Zresztą dziwne by było, gdyby rekonstrukcja średniowiecznych pieśni miała być wykonywana przy mikrofonach. Mocny śpiew docierał wszędzie, a w trakcie koncertu muzycy zmieniali miejsca, tak by dźwięk rezonował w różnych kombinacjach. Wystarczyło tylko zamknąć oczy, by przenieść się kilka setek lat i poczuć specyfikę dawnej liturgii, gdzie słowa (łacina) były dla większości prostych ludzi niezrozumiałe i modlitwę wyrażały same gesty, ścienne malowidła i dźwięki. A te unoszą ku górze. Naprawdę.

Michał: Potworne zmęczenie – jestem po całym dniu zajęć. Zupełnie nie mogę się skupić. Chce mi się pić. Jednak – Pérès w Polsce – nie można nie przyjść na taki koncert. Lekko przygaszone światła franciszkańskiej bazyliki. Mimo słabej reklamy prawie cały kościół wypełniony. Ludzie różni – starsi, młodsi; brakuje tylko dzieci. Krótka zapowiedź i… cisza. Siedzę z tyłu, nie widzę co się dzieje. Głosy! Koncert się zaczął, słychać śpiewaków i… jakieś kroki. Kto może w tej chwili tak przeszkadzać? Moje zdenerwowanie potęguje się przez zmęczenie. Dopiero gdy śpiewacy przechodzą obok mnie – uspokajam się trochę – to ich stąpanie. To nie będzie koncert liturgicznej scholki. Ci ludzie próbują odzyskać dla Kościoła jego dziedzictwo, nie tylko muzykę, również gesty, przestrzeń, atmosferę, właściwy kontekst… Przywracają nie melodie, a śpiew i sposób przeżywania liturgii. Z poszanowaniem jego naturalnego usytuowania. Nie emisja głosu jest najważniejsza – jeśli to śpiew procesyjny, to powinno się go wykonywać, idąc! Całe ciało uczestniczy w wychwalaniu, dźwięk zmienia się pod wpływem sposobu uczestniczenia w wydarzeniu.

Urszula: Dla mnie splatające się w lekkim tańcu głosy, wciąż pięły się wyżej i wyżej. Miałam wrażenie, że wznoszę się razem z nimi aż do sklepienia świątyni, a to wyciąga mnie coraz dalej. Melodie wyśpiewywane przez chórzystów miały w sobie lekkość i czystość. Ta muzyka kojarzyła się ze światłem i cieniem średniowiecznych katedr, ale równocześnie wprowadzała nutkę Orientu. Specyficzne zaciągania Pérèsa przywodziły na myśl pieśni ludów Wschodu. Trochę jak pełne przepychu kolorów kwiaty Wyspiańskiego zdobiące ściany bazyliki franciszkanów, kojarzą się z bogatymi zdobieniami bizantyjskich świątyń. Dla mnie muzyka, którą usłyszałam, była spotkaniem z czystym pięknem. Była dotknięciem miłości Boga. Wcale jej nie szukałam ani nie odkrywałam, ale po prostu dostałam w prezencie. A teraz chcę przekazać dalej…

Michał: Nie jest to śpiew do jakiego przywykliśmy w kościołach. Określiłbym go mianem zawodzeń, ale bez żadnych negatywnych skojarzeń (to tak kiedy growl nazywam ryczeniem i nie mam na myśli nic złego). Wszyscy śpiewają inaczej, choć często jednogłosowo. Nikt nie stara się zbliżyć barwą głosu do drugiego. Nie ma „uanielania” tembru, sztucznego podwyższania. Ale jest śpiew wspólny, wspólnotowy – tylko na czym innym polega owa jedność. W pewnym momencie przestałem rozróżniać czy śpiew jest monodyczny, czy polifoniczny, ilu kantorów śpiewa. To przestało być ważne.

Śpiewacy mieli łączność między sobą i z publicznością (i na pewno z Bogiem) bez identyczności postaw i głosów. Każdy z nich śpiewał swoim, indywidualnym głosem. Każdy kołysał się na swój sposób, stawiał kroki po swojemu. Jednak wyczuwalne było, że wszystko robią razem, że cel jest jeden.

Urszula: Tydzień później koncert w „konkurencyjnym” klasztorze za miedzą. Dominikanie wraz z wydawnictwem Homini zaprosili muzyków, którzy prezentują drugi biegun muzyki chorałowej. Lycourgos Angelopoulos przywiózł ze sobą prosto z Grecji śpiew przekazywany z pokolenia na pokolenie. Ma ponoć oddawać ten, jakim modlili się chrześcijanie od VI w. Nie jest więc rekonstrukcją, lecz żywą tradycją. Rzeczywiście, różni się zasadniczo od tego, co wyśpiewał zespół Pérèsa. Przede wszystkim chór protopsalty z Aten wykorzystuje zupełnie inne możliwości głosu. Ich śpiew jest dla mnie bardziej chropawy, bliższy naturalnemu. Michał mówi o Organum, że ich głosy były naturalne, męskie. Dla mnie przeciwnie. Właśnie greccy chórzyści reprezentowali naturalność, a francuski kantor wydobycie z głosu jakichś nadnaturalnych dźwięków. U pierwszych słyszałam, przede wszystkim więcej śpiewania nisko, tak że miałam wrażenie, że głos drży, jak w śpiewie mnichów tybetańskich. Więcej jest w tym śpiewie surowości i ciężaru. Tak jak Pérès doskonale zgrał mi się z bazyliką franciszkanów, tak Angelopoulos przypomina mi kościół dominikanów. Nie ma w nim tak wielu malowideł i złoceń, ale ta świątynia ma piękno prostoty, także pewną stabilność murów. Podobnie odczuwałam śpiew greckiego kantora.

Angelopoulos i jego śpiewacy stali wciąż w jednym miejscu. Nie wiem czy pomysł Organum – przemieszczania się podczas koncertu – związany jest z jakąś tradycją, ale daje ciekawe (dobre) efekty. Zaczynając od tak prozaicznych, jak dbanie o tych, którzy siedzą na końcu i nie słyszą tak dobrze, jak Ci z przodu. Dla mnie śpiewanie w różnych miejscach bazyliki, wyglądało też na eksperymentowanie dźwiękiem, który zupełnie inaczej odbijał się w transepcie, w prezbiterium czy na tyłach kościoła. To pierwsza rzecz jaka przychodzi na myśl, kiedy porównuje się te dwa koncerty.

Michał: Każdy odbierał muzykę zgodnie ze swoją wrażliwością. Jedni przymykali oczy, drudzy wpatrzeni byli w przestrzeń lub jakiś punkt bazyliki. Jeszcze inni wodzili wzrokiem za śpiewającymi. Jedni pochyleni, drudzy wygodnie siedzący w ławkach. Jeszcze inni na stojąco. Brakowało mi tylko dwóch rzeczy. Przede wszystkim – był to koncert – podział wykonawcy i publiczność. Tymi śpiewami powinien rozbrzmiewać cały kościół (i Kościół też). Wydawałoby się to może nieosiągalne. Tyle melizmatów, trudne ozdobniki, zawijasy, jak to śpiewać, to nie do nauczenia, trzeba by znać nuty… Jednak sam byłem zaskoczony, gdy okazało się, że znam dwie z tych melodii. Tak! Z lekka niepewnie byłbym w stanie zaśpiewać wraz z Organum (pod warunkiem, że mój głos utonąłby w tłumie innych). Druga rzecz, to wspomniany brak najmłodszych (no może jeden wózeczek).

Lycourgos Angelopuolos tłumaczył, że na Wschodzie nie ma problemu z nauczaniem śpiewu. Już małe szkraby przysłuchują się, stając w bezpośredniej bliskości chóru. Przenikają tą liturgią, tą muzyką. Nic nie trzeba rekonstruować, to melodie żywe, codzienność. Wszystkie trudności wokalizy bizantyjskiej stają się czymś naturalnym, czymś z czym obcowało się od dziecka, czymś swoim, swojskim. I nie ma problemu ze śpiewem wiernych. Wszyscy modlący się włączają.

Urszula: Jeszcze inna sprawa – to już głębszy problem – czyli obecność kobiet w męskim świecie chorału. Grecki chór składa się z samych mężczyzn, podczas gdy ten z Francji śpiewał z panią, co może nie było w zgodzie z naszym wyobrażeniem średniowiecznych zasad, ale wprowadzało do kompozycji piękno kobiecego głosu. Według mnie było to ciekawsze niż śpiew samych mężczyzn. Swoją drogą zastanawia mnie, czy zespół Dead Can Dance inspiruje się tą muzyką, bo głos chórzystki Organum Ensemble od razu skojarzył mi się z ich wokalistką. Ale wracając do tematu, chorał w wykonaniu samych mężczyzn jest piękny, ale pieśni śpiewane razem z kobietą, to chyba dopiero pełnia dźwięków?

Michał: Słuchając zespołu Marcela Pérèsa, zastanawiałem się: przecież ten kantor brzmi teraz jak kantor żydowski, o!, przecież ta partia polifoniczna – jakby wzięta z spirituals, a ta – jakby kameralny chór prawosławny. Uświadamiałem sobie, że wiele z tego piękna, którego szukam, było w naszej, katolickiej liturgii. Przecież do XII wieku Kościoły Wschodni i Zachodni używały w liturgii często tych samych pieśni! Melodie były wspólne jeszcze długo. Nawet tradycja wykonawcza nie jest tak odległa. Piękno wywodzące co najmniej od psalmistów.

Urszula: Zajęcia z interpretacji dzieła muzycznego. Grupka polonistów, której raczej trudno słuchać o technikach wykorzystywanych w muzyce, bo ciężko jest przebrnąć przez język nieznanych, specjalistycznych pojęć. Nagle przerywnik. Fragment muzyki. I to już nie żadne fortepiany, flety, organy czy orkiestry; lecz tylko same męskie głosy. Siedziałam zasłuchana przez kilkanaście minut. Niby zajęcia na uniwersytecie, a ja poczułam, że doświadczam nieba. Już nie słuchałam muzyki poważnej, którą trzeba zanalizować pod kątem wykorzystania kontrapunktu czy synkopy, lecz modliłam się, przybliżając do istoty piękna i – wyrażającej się przez nią – miłości Boga. Dla mnie to było jakieś niesamowite odkrycie, objawienie. Okazało się, że nie tylko dla mnie, ale po co w ogóle to piszę? Dlaczego wszystkie te patetycznie może brzmiące wyznania? Po to, by zarazić Was chorałem. Tylko tyle!

fot. Piotr Bator
fot. Piotr Bator
fot. Krzysztof Nowak