Muzyka, której słucha DJ Fabbs

DJ Fabbs – właściwie o. Fabian Błaszkiewicz SJ – współorganizator Ignacjańskich Dni Młodzieży, założyciel zespołu Korzeń z kraju Melchizedeka.

Słucham różnej muzyki. Lubię dobrą. Uwielbiam najlepszą. Nie jestem przywiązany do jakiegoś konkretnego gatunku. Przeciwnie. Sięgam po rozmaite – dla przyjemności i zdrowej inspiracji. Najbardziej podoba mi się twórczość zdecydowanie wykraczająca poza ramy danego schematu muzycznego: krzyżująca gatunki, eksperymentująca. Mało jest takich autorów, których dorobek podobałby mi się w całości. Ba! Nie ma nawet zbyt wielu takich albumów. Zwykle dociera do mnie i zapada w pamięć jeden, dwa utwory. Do nich też potem wracam.

Absolutnie wyjątkowe miejsce w mojej wielobarwnej i przestrzennej układance muzycznych smakołyków zajmuje Czesław Niemen. I jako wokalista, i jako muzyk, i jako sceniczny lider, i jako studyjny producent, i jako kompozytor, i jako tekściarz, i jako… człowiek. Nie ma takiego okresu jego twórczości, którego nie byłbym fanem. Geniusz. Kropka.

Inspiruje mnie również Bob Marley – w całości, Fugees – też w całości, plus solowe produkcje „The Carnival” Wyclefa Jeana i „The Miseducation of Lauryn Hill” Lauryn Hill. Także Damian Jr. Marley, zwłaszcza jego świetny album „Welcome to Jamrock”, US3 – za przełomowe połączenie hip-hopu z improwizacją jazzową, Zion Train – za wokal i za mistyczne reggae-didżejowanie. Szaleni Bestie Boys, zabawni Włosi z Articolo 31 Trentuno, rewelacyjni niemieccy dancehallowcy z Seeed, brytyjski sikh: Panjabe MC, rosyjska 5nizza oraz – last, but not least – Erykah Badu.

Spośród polskich artystów – zdecydowanie Koli. Po odejściu od surrealistycznego hip-hopu przerzucili się na bardziej tradycyjne granie i „wypichcili” coś całkiem nietradycyjnego, czyli obecne Lao Che. Namiętnie ich słucham. Oczywiście także Paktofonika, Kaliber 44 i Kanał Audytywny.

Trochę inną bajkę, jednak równie zachwycającą, stanowi dla mnie folk i korzenna muzyka etniczna, zwłaszcza: amerykańskich Lakotów i Hopi, muzyka hinduska, afrykańska, klezmerska oraz odkryty na nowo przez Ry’a Coodera cudowny kubański Buena Vista Social Club. Polski folk lubię albo prawdziwy, grany na żywo przez pasjonatów, albo już taki „podrasowany”, jak Trebunie-Tutki, Kapela Ze Wsi Warszawa czy ostatnio Psio Crew. Ci ostatni, płytą „Szumi jawor soundsystem”, jasno pokazali, że górale beskidzcy na Jamajkę mają tylko rzut beretem.

Z braci didżejskiej najbardziej mi się podoba DJ Feel-X i DJ Stéphane Pompougnac, zwłaszcza w jego monumentalnej, lounge’owej serii woluminów pod wspólnym tytułem Hotel Costes.

Jako wisienki na torcie wymieniłbym jeszcze: projekt Świetliki i Linda, cały funkowy dorobek Jamesa Browne’a, pierwszych parę albumów King Crimson i Roberta Frippa, 2 Tm 2,3, System of A Down i soulowo-gospelowy „Nu Nation Project” Kirka Franklina.