Przestałem się bać Boga. Ale nie w takim sensie, że bojaźń Boża jest mi obca – bo towarzyszy mi ona każdego dnia, od przebudzenia po zaśnięcie. Przestałem się bać Boga Sprawiedliwego, który za dobre nagradza, a za złe karze. Może też nagrodzić za dobre tak obficie, że wtedy już nie opłaca Mu się ryzykować, żeby ukarał za cokolwiek.
Z Piotrem Baronem, o nowej płycie, rozmawia Andrzej Bujnowski OP
Skąd tytuł Twej nowej płyty „Sanctus, Sanctus, Sanctus”?
Szczególnego znaczenia nabrał, gdy zacząłem studiować biblistykę i zająłem się śledzeniem podobieństw między Nowym a Starym Testamentem. Jest to fascynujące zajęcie, bo widać wyraźnie jak przyjście Chrystusa, Jego zmartwychwstanie i cały plan Zbawienia zostały przepowiedziane tysiące lat przed Jego narodzeniem. To „Sanctus, Sanctus, Sanctus” pojawia się nie tylko u Izajasza, ale i w Objawieniu św. Jana. Nazwa ta wzięła się też stąd, że na rekolekcjach napisałem utwór o takim tytule. Te łacińskie słowa „Sanctus, Sanctus, Sanctus Dominus Deus Sabaoth” – pierwsze zdanie hymnu z mszy, mają w sobie taki pociągający rytm: tata, tata, tata, a potem jest tatata tata tatata. Ten rytm uwiódł mnie, a nuty przyszły same. Pierwsze Sanctus jest trzykrotnie wyeksponowane. To tak jak u Jana Sebastiana Bacha, który, jak zwrócił mi uwagę Marcin Pospieszalski, też często trzykrotnie eksponował tematy.
Ja odbieram ten utwór epicko. Jest dla mnie opowieścią z nadzieją w tle. Kojarzy mi się ze wspinaniem pod górę, z jakimś powolnym odsłanianiem tajemnicy. Czy myślisz w ogóle w ten sposób o utworach, kiedy je komponujesz?
Nie. Myślę natomiast o odwrotnym zwrocie wektora emocjonalno-duchowego. Ziarno kiełkuje w taki sposób, że oddawanie czci Bogu wznosi i wywyższa również tego, który tę cześć oddaje. Uwielbianie powoduje automatycznie wywyższenie uwielbiającego przez tego, kogo się uwielbia. Jeśli uwielbia się Najwyższego, gdzieś tam w duszy ludzkiej, nawet najbardziej grzesznej, następuje jakieś wywyższenie duchowe. Być może to, o czym ojciec mówi, ta epicka opowieść o wspinaniu się pod górę, jest wynikiem moich przeżyć – niezamierzonej praktyki charyzmatycznej… Bo wiadomo, że to Bóg nas wybiera, a nie my Boga i skoro Duch Święty w taki sposób zadziałał w moim życiu, to, myślę, że taki jest w tym właśnie cel. Wspomniany odbiór tej muzyki jest dla mnie największym szczęściem i dowodem, że wiara i religijność przekłada się na uczucia.
A jaka była Twoja pierwsza reakcja na modlitwę uwielbienia?
Była chyba typowa. Patrzyłem na modlących się z przerażeniem, jak na ludzi, którzy postradali zmysły. Jeden leży, drugi stoi, trzeci się śmieje, czwarty płacze, piąty mówi coś jak dadaista, ktoś tam macha rękami. Wygląda to, mówiąc delikatnie – bulwersująco. Zmieniło się w chwili, kiedy przestałem oglądać, a wszedłem w to. Duch Święty, bez żadnej mojej woli, bo tutaj trudno mówić o woli człowieczej, w pewnym momencie mnie porwał. Stałem się jednym z nich – z nas. Bo wtedy nie było już – oni i ja.
Od takiego momentu człowiek staje się chyba kimś innym?
Przestałem się bać Boga. Ale nie w takim sensie, że bojaźń Boża jest mi obca – bo towarzyszy mi ona każdego dnia, od przebudzenia po zaśnięcie. Przestałem się bać Boga Sprawiedliwego, który za dobre nagradza, a za złe karze. Może też nagrodzić za dobre tak obficie, że wtedy już nie opłaca Mu się ryzykować, żeby ukarał za cokolwiek. Zacząłem inaczej widzieć ludzi. Nawet tych, którym wcześniej nie mogłem wybaczyć, którzy mnie irytowali. Nagle ci ostatni zaczęli, w moim ziemskim rozumieniu, zasługiwać na to, bym wytrzymywał i znosił to, bo widać, muszą mnie irytować i może coś jest nie tak ze mną, a nie z nimi.
Wspomniałeś, że byłeś już po raz piąty w Gródku. Czy te kolejne kontakty z uwielbieniem na Strefach Chwały coś wnoszą i dodają do tego, co przeżyłeś na początku?
Każde takie rekolekcje coś dają, bo podstawowym czynnikiem czy też Osobą uczestniczącą w chrześcijańskim uwielbieniu, jest Duch Święty. Gdy przez Niego spotykamy się z Królem, to automatycznie stajemy się dworzanami, także królewskimi dziećmi. A przecież szlachectwo zobowiązuje. Tak się jakoś dzieje, że człowiek nie przywyka do niego, bo ono zawsze jest nowe, olśniewające i ekscytujące. Czeka się więc na następne rekolekcje. Wiadomo już jednak, jak się na nich zachować, jak można się otworzyć, że nic złego się nie stanie. Że można otworzyć serce całkowicie, że można próbować wstrzymać proces myślowy, jakoś poskromić ten układ limbiczny, który coś tam gada w tle w człowieku. Wiadomo, że warto słuchać tylko głosu Bożego, nawet jeśli ten głos dociera do nas przez jakiegoś człowieka obok, który niekoniecznie musi być nam znany, albo właśnie znany, ale spotykamy go po raz pierwszy w takiej sytuacji, w obecności Boga i wtedy jest to zupełnie inny człowiek.
Nie chodzi o zupełne wyłączenie rozumu, tylko ograniczenie jego nadaktywności?
To dla mnie nazywa się Bożym prowadzeniem – takie najbardziej namacalne, ale niestety – niemierzalne. Tutaj wszyscy materialiści mogą poczuć się zawiedzeni, bo nie da się zmierzyć ani zważyć Ducha Świętego, i na szczęście! Jakkolwiek to wyłączenie rozumu na początku jest trudne. W każdym przypadku praktykowanie prowadzi do podwyższenia umiejętności. Trudno tu mówić o umiejętnościach w sensie technicznym, bo niczego tu nie ćwiczymy, ale przywykamy do czegoś. Pewne uczucia, pewne emocje stają się nam już znane: to, że nie wstydzimy się własnych reakcji, mimo że niekiedy mogą być one w świecie zlaicyzowanym (poza rekolekcjami) czymś absurdalnym, wstydliwym, lub mogą być odbierane jako histeria. Nie wstydzimy się reakcji, na przykład tego, że łzy nam ciekną po twarzy. Myślę, że jeśli w kinie, na jakimś ckliwym romansidle ludzie płaczą i się tego nie wstydzą, to tym bardziej w Bożej obecności łzy są jak najbardziej na miejscu, bo trudno jest znieść taką ilość dobra i miłości. Bóg jest Miłością i tak wielkiej miłości znieść bez wzruszenia się nie da!
Czy to uwielbienie ze Strefy Chwały wpłynęło jakoś na Twój sposób grania czy rozumienia muzyki?
Granie jazzu awangardowego zwanego free jazzem, jazzem intuicyjnym (nazw jest miliard i żadna z nich nie oddaje istoty rzeczy!), jest dla mnie paralelne i jednobrzmiące z modlitwą charyzmatyczną, z modlitwą językami. Zawsze mnie w tę stronę ciągnęło, czułem, że to chciałbym grać i nigdy nie umiałem. Natomiast po tym kiedy zacząłem uczestniczyć w modlitwie charyzmatycznej, to samo zaczęło „się grać”. Nagle ta cała muzyka, którą gram, która przychodzi do głowy, stała się kanwą, ja to tak nazywam – modlitwy charyzmatycznej przez instrument. Jeżeli ktoś się modli językami, ja jestem w stanie „grać językami” na saksofonie. Chwała Bogu, moi partnerzy w zespole to są mistrzowie tak wielcy, że to akurat im się udziela. Michał Barański jest człowiekiem, który tę modlitwę zna. Łukasz Żyta może jej nie zna bezpośrednio, ale zna ją z drugiej ręki, od Michała i ode mnie. Poza tym Łukasz słucha płyt muzyków natchnionych (choć nie zawsze są to muzycy natchnieni Chrystusem, z pewnością jest to muzyka o wielkim pokładzie duchowości). A Michał Tokaj to dla mnie wielka tajemnica, nie umiem go określić, ale jest uosobieniem wrażliwości. Może on jest charyzmatykiem, ale na modłę karmelitańską? Wszystko ma zamknięte w sobie – dopóki nie dotknie fortepianu. A gdy to zrobi, naprawdę dzieją się cuda.
Po raz pierwszy na swoją płytę wprowadziłeś wokalistów. Dlaczego taki zabieg, dlaczego Mietek Szcześniak, dlaczego Natalia Niemen?
Odpowiedź jest prosta. Usłyszałem na składance New Life’m cztery utwory. Natalia śpiewa tam „Z całej duszy”. Potem przez cały czas trwania warsztatów jazzowych w Lesznie bez przerwy puszczałem kolegom ten utwór. Nikt nie protestował, wszyscy słuchaliśmy, co się tam dzieje, jaki tam jest duch, jak Bóg przez nią mówi. Ona powinna tam dodać: „To mówi Pan”. Bo to jest proroctwo. A poza tym śpiewa przepięknie, patrząc tak czysto muzycznie. Głos ma anielski, śpiewa jak anioł i w ogóle jest aniołem. Więc dlatego Natalia. A Mietek to jest gość, to jest brat, który poza tym, że ma tak wysoki stopień uduchowienia, że naprawdę życzyłbym takiego wszystkim z sobą na czele, to na dodatek potrafi przełożyć to na muzykę. Jest twórczy, jest poszukujący – myślę o sztuce, zdecydowanie określony jako chrześcijanin głoszący, ewangelizujący, odważny. No i ja kupuję płyty Mietka, słucham jego płyt w samochodzie, ja tą muzyką potrafię się modlić, z tą muzyką jestem na co dzień. W końcu pomyślałem, że skoro jest mi ona tak bliska, a w żaden sposób nie inspiruje mnie do moich działań muzycznych, tylko jest pięknem, które mi jest w życiu potrzebne, no to może byłoby dobrze gdybyśmy spróbowali zrobić coś razem. Tu znowu wracam do Gródka, gdzie na którymś z wieczorów jazzowych razem z Mietkiem graliśmy właśnie pieśń rezurekcyjną „Chrystus zmartwychwstał jest”.
Widzę, że dobierasz bardzo świadomie i starannie wszystkich muzyków do współpracy.
Tak, bo to musi być świetna muzyka! Jak się coś robi, to trzeba to robić dobrze – źle nie ma po co. Jest dość zła na świecie, nie ma się co wysilać, by tego zła jeszcze przysporzyć. Jeśli chce się coś zrobić dobrze, a na dodatek na chwałę Bożą, to poza tym, że muszą to być najwspanialsi dostępni artyści, to muszą to być jeszcze ludzie wierzący. I to – ludzie, którzy wiedzą, dlaczego ta płyta nazywa się „Sanctus, Sanctus, Sanctus”, dlaczego symbol Trójcy Świętej jest na okładce, dlaczego takie a nie inne tytuły. To muszą być ludzie, którzy nie boją się świadczyć o Chrystusie. I wtedy też taka płyta nabiera zapachu kadzidła. Kiedyś jeden z moich słuchaczy powiedział pejoratywnie, że „kadzidłem mi tu daje”. Dla mnie to był wielki komplement.
Na poprzednich płytach występują z Tobą muzycy zagraniczni, teraz grasz z samymi Polakami…
Przypomniałem sobie słowa Mietka, który opowiadał jak modlili się z Andrzejem Cudzichem, niedługo przed jego odejściem do Ojca, i Andrzej powiedział coś dla mnie znamiennego, coś, co zaważyło na moim życiu: że jeżeli będzie mu dane pozostać, to nie zagra już żadnej nuty w innej sprawie poza chwałą Bożą. I tutaj, w Gródku, ja sobie te słowa przypomniałem. Tutaj pomyślałem, że muszę taki zespół zrobić. I to postanowienie stało się nieodwołalną decyzją. Potem jechałem gdzieś samochodem, dzwoniłem do Michała, do Łukasza i do drugiego Michała, pytając, czy chcą grać w nowym zespole, jeśli będę mówił o Jezusie ze sceny, zespół będzie miał charakter chrześcijański, będą nas wyśmiewać… Reakcje były różne, ale wszystkie pozytywne. I ten zespół wtedy powstał. Natomiast te inne płyty – amerykańskie – nagrywałem dlatego, że było można. Trudno się oprzeć możliwości nagrania płyt z najlepszymi muzykami w Ameryce, gdzie jest najlepiej nagrywać, bo tam najlepiej brzmią. Zresztą poprzednia płyta – „Salve Regina” – też nagrana została ku chwale Bożej i wszyscy muzycy tam byli wierzący, choć nie wszyscy byli chrześcijanami. Bardzo im to jednak odpowiadało i obficie wpisywali się w doktrynę duchowości tej płyty. Najnowszą płytę chciałem nagrać trzy lata temu, tylko zawsze coś wyskakiwało przed. Na koncertach pytano mnie: – Chcemy kupić płytę z tymi utworami. – No, nie ma – odpowiadałem. – Mam tu taką płytę i taką – wyciągałem pięć… – Nie, ale my chcemy płytę tego zespołu, chcemy to o Panu Jezusie. Więc ta płyta musiała zostać nagrana, choć stało się to nieco później, niż chciałem. Mam jednak nadzieję, że ona nie jest jakaś spleśniała, ale wciąż świeża.
Są tacy, którym podoba się ten religijny duch, inni odwracają się do niego plecami. Nie boisz się tego?
Nie boję się! Wołają „fanatyk”, mówią do mnie „wielebny”. Na normalnych bankietach! Po jakimś festiwalu idzie się na bankiet, jakieś winko, jakaś wódeczka. I takie normalne rozmowy: – Ty, wielebny, a Tobie wolno pić? Mówię im: – Nie, nie wolno, teraz będę grzeszył… Bzdury po prostu. Niektórzy mówią o mnie „świętoszek”, różnie. Nie boję się tego, ale też nie mówię, że to jest miłe. Pan Jezus powiedział, że kto pójdzie za Nim, będzie cierpiał i dostanie w czapę. W związku z tym, jeśli się czyta uważnie Ewangelię, człowiek, poza całą euforią jaką daje Duch Święty, całym szczęściem jakie daje Boża miłość, musi wziąć pod uwagę również to, że Kosmaty nie śpi i ma swoją armię. Często nie zdaje sobie ona nawet sprawy, że jest jego armią, bo on jest wybitnym strategiem i potrafi tak omotać, że ktoś myśli, że robi dobrze, robiąc zdecydowanie źle. Jakoś się trzymam, tu się pomodlę, tam się pomodlę. Jakoś tam ten Pan Bóg zawsze wzmocni, jakoś podniesie. A Mateczka zawsze czuwa. I różaniec pomaga.
Na płycie jest długa kompozycja Darka Oleszkiewicza „Przebudzenie”. Czy ma ona jakieś religijne konotacje?
Nigdy z Darkiem nie rozmawiałem o genezie tego utworu. Natomiast biorąc pod uwagę medytacyjny charakter melodii i bardzo mocny rozwój emocjonalny od początku do końca… Ja na koncertach zapowiadałem ten utwór i zawsze patrzyłem na Darka, na jego reakcje. Uśmiechał się wtedy ze zrozumieniem i nie protestował. Wiem zatem, że jest to przebudzenie duchowe, wiem też, że Darek takiego przebudzenia bardzo potrzebował i – z kolei patrząc na inne tytuły jego utworów oraz na jego krzepnący światopogląd – nabieram pewności, że tu chodzi o To przebudzenie.
Wśród utworów sięgasz po słynną piosenkę Louisa Armstronga „What a Wonderful World!”. Czy rzeczywiście widzisz ten świat tak optymistycznie?
Przyczyn jest kilka. Pierwsza jest taka, że w jego słowach jest „I see friends shaking hands, saying: How do you do? They really say: I love You!”. Więc to jest jak Chrystusowa Ewangelia o miłowaniu Boga, a potem bliźniego. Następna rzecz, śpiewał to Louis Armstrong, który dla mnie jest największym jazzmanem wszech czasów. Mało kto wie, że był on człowiekiem bardzo pobożnym, ewangelizującym i ze sceny mówiącym o Bogu. Był baptystą bardzo mocno wierzącym! Mam nagrania, służę! Jest nawet płyta zatytułowana „Louis and the Good Book”. Kolejna, zarazem najbardziej znacząca przyczyna to ta, że Michał Tokaj dokonał całkowitej reharmonizacji tej piosenki, dał nowe akordy, zupełnie inaczej je poukładał. Po raz pierwszy graliśmy ją w okolicznościach zupełnie nie-uwielbieniowych. W jazz klubie pełnym pijanych ludzi, na jam session po koncercie. Akurat była taka chwila przerwy, we dwóch weszliśmy na scenę. W trakcie utworu poczułem nagle w sercu takie wielkie dziękczynienie, wdzięczność za ten cudowny świat, który jest nam dany, tak piękny, że powstają z radości wzbudzonej jego pięknem pieśni na ten temat. I to nie są psalmy, tylko normalne piosenki. Amerykański pop! I z kolei potem, kiedy Jan Paweł II zostawił nas na tym świecie i wszyscy czujemy się bez niego jak takie półsieroty, bardzo jasno mi się to poukładało. Był taki żywy i działający obok nas, że święty, to wiadomo, ale taki intensywnie ewangelizujący apostoł i prorok. Tak go odbieram. Działał na rzecz utrzymania, zachowania i zwiększenia piękna świata. Żeby ten świat był piękny, żeby ta Ziemia dana ludziom przez zmartwychwstanie Jezusa była godna na przyjęcie kiedyś nieba. I dlatego to jest dedykowane Janowi Pawłowi II.
Co Cię zainspirowało, by na płycie zamieścić „Apel Jasnogórski”?
Kiedy we Wrocławiu obchodziliśmy Dzień Papieski, organizatorzy zwrócili się do mnie, abym wykonał Apel Jasnogórski na saksofonie. Melodia banalnie prosta, a ja podchodziłem do tego przedsięwzięcia z wielką obawą, bojaźnią i nieśmiałością. Wkrótce przyszło mi stanąć na scenie na Placu Gołębim, największej z pierzei Rynku Wrocławskiego, olbrzymim placu. Kiedy za plecami miałem Metropolitę Gołębiewskiego, a obok niego stał mój wykładowca z Papieskiego Wydziału Teologicznego, biskup Siemieniewski, a przed sobą z tysiąc ludzi, w gębie mi zaschło… Jakoś to się tam udało, lud Boży włączył się śpiewem. Ten Apel odtąd tkwi we mnie bardzo mocno. Był we mnie cały czas i potem w modlitwie rozeznałem, że trzeba go nagrać na płytę. A jako że Apel ten w Polsce kończy w jakiś sposób dzień chrześcijanina-katolika, umieściłem go na końcu płyty.
Kim dla Ciebie jest Sonny Rollins, którego utwór znajduje się na krążku?
Jest on dla mnie niemal członkiem rodziny, mimo tego, że ja sam, przyznaję, bardziej czy mniej udolnie, jestem wpisany w nurt Coltrane’owski. Jest on dla mnie taką najradośniejszą z wszystkich ikon jazzu. Wciąż żyje, ma teraz 78 lat, nagrywa płyty, jest w doskonałej formie, gra cały czas najlepiej jak tylko można i kiedy miałem przyjemność na Ukrainie i w Rosji grać trasę koncertową, gdzie między innymi grał na fortepianie pianista Rollinsa – Mark Soskin, to wiadomo było, że będę z nim cały czas rozmawiał o Rollinsie. Aha, taki szczegół… moją pracę magisterską, 120 stron, pisałem o Sonnym Rollinsie, więc poznałem go dobrze. To tylko zwiększyło mój zachwyt nad mistrzem. Nagle Soskin przynosi utwór, fantastyczny, taki radosny, zatytułowany „OTYOG”. Pytam się go, co oznacza ten dziwny zbiór liter. On odpowiedział: – Nie wiesz? „Oh, Thank You, Oh God!”. To jest dziękczynienie! To taka „sonnyrollinsowa eucharystia”! On dziękuje Bogu tą pieśnią, a ma za co dziękować, bo wszystko w jego życiu przebiega jak należy i już można powiedzieć, że miał wspaniałe życie, a przecież jeszcze nie umarł. Może chwalić Boga i grać na saksofonie. I ten utwór jest, poza wszystkim, takim jedynym – jazzowym od początku do końca na całej mojej płycie i chociaż taki jeden należy się jazzowej publiczności. Jakkolwiek przyczyna jego umieszczenia nie wynikała z jego stylistyki. Bardziej z chęci pokazania ludziom, że Rollins jest osobą wierzącą i napisał tę pieśń w sprawie podziękowania Panu Bogu. To było dla mnie ważne, by ta cała rzesza bęcwałów i kabotynów – którzy myślą, że pozjadali wszystkie rozumy i dyktują ludziom, co mają robić w różnych dziedzinach życia – zobaczyła, że „Raz” jest zupełnie gdzie indziej, niż im się wydaje.
Na okładce płyty znalazłem dwa krótkie wiersze. Czyje to teksty?
To poezja księdza z Zielonej Góry – Pawła Prüfera, który garnie się do jazzu. Nieraz rozmawiam z nim o zbawieniu, o modlitwie charyzmatycznej i o wznowionych płytach Coltrane’a. Kiedyś, gdy wróciłem z Ziemi Świętej, Paweł przesłał mi mailem wiersze, które pisał w czasie podroży. Dwa z nich stały mi się bardzo bliskie do tego stopnia, że żałowałem, że to nie ja je napisałem. Postanowiłem umieścić je na płycie zamiast komentarza, który zwykle się na niej znajduje. Stwierdziłem, że tytuły są tak oczywiste, muzycy grający na niej na tyle znani, że nie trzeba tłumaczyć się z tego, że coś się zrobiło. A te wiersze jakoś mi się wyjątkowo zgadzały i rymowały (choć to białe wiersze) – rymowały emocjonalnie i duchowo z tym, co chciałem na tej płycie przekazać.
Czy coś warto dodać do tego opowiadania o płycie?
Ważny jest tutaj jeszcze udział dwóch osób – Piotra Wojtasika i Tomasa Sancheza. Wojtasik to jest człowiek definitywnie inny niż ja, definitywnie podoba nam się jedna muzyka i definitywnie zmierzamy w jedną stronę, jakkolwiek z różnych kierunków i rejonów. Mamy różny background, ale o to samo nam chodzi. Nieraz różnimy się w zdaniach. Jest to człowiek wierzący, praktykujący, niebojący się też do tego przyznać (jedna z jego kompozycji nazywa się np. „Sea Star”, czyli Gwiazda Morza – „Stella Maris”, a inna, napisana z Billym Harperem – „We Want To Give Thanks”). Piotr zaszczycił mnie obecnością w dwóch utworach i ta obecność zmienia jakość płyty. Gdyby go tam nie było, płyta byłaby jednostajna i zupełnie inna. W kompozycji Darka „Awakening” obecność Piotra rozświetliła bardzo ten utwór. W tym „przebudzeniu” znalazło się wiele nadziei. Tomas Sanchez, jeszcze jeden mistrz na płycie, to coś niebywałego. Nie wiem, jak to nazwać. Wirtuoz. Maestro. Profesor instrumentów perkusyjnych, ktoś kto potrafi zachwycić, trzymając w ręku grzechotkę, takie małe jajeczko. Potrafi z, wydawałoby się byle czego, wydobyć tyle muzyki, że przez 15 minut wzrusza ludzi. Jest to też uosobienie skromności i… wycofania. Jego największą zaletą jest to, że on wnosi brzmienie, a wydawałoby się, że go nie słychać. On tak idealnie wtapia się w teksturę muzyki zespołu, że staje się jej integralną częścią. Wielki, wielki talent muzyczny, zdolność do wyczuwania nastroju i klimatu. A poza tym to jest – raz: bardzo wierzący i praktykujący katolik z Meksyku, dwa – potomek Majów. Kiedyś, pamiętam, w przypływie takiej frywolności chciałem zdeprecjonować historię Meksyku i mówię: – Jak się ostatni król Meksyku nazywał? Na co on spojrzał mi głęboko w oczy i powiedział: – Montezuma. On jest też bardzo dobrym człowiekiem, czyniącym dobro, chętnym do pomocy. Jak ktoś nie ma co jeść, to mu da jeść, jak ktoś nie ma pieniędzy, to mu da pieniądze. Nie ma w nim śladu fałszu ani podwójnego myślenia. I tacy byli właśnie Indianie, a Tomek wszak jest Indianinem, i to gdzieś w nim tkwi, od tego nie można uciec.
fot. Jan Bujnowski
Podsumowując: zadbałeś o płytę w każdym szczególe, teraz ją lepiej rozumiemy i odbieramy.
To jest płyta kwartetu z zaproszonymi gośćmi. Charakterystyka poszczególnych utworów powoduje, że do każdego z nich zaproszony został dany gość. Natomiast było wiadomo od początku, że będzie to płyta składająca się w 90% z materiału wykonywanego przez kwartet. Udział gości miał podnieść duchowość. Myślę, że się udało.
Co dalej w Twych planach?
Planuję następną płytę, z Piotrem Wojtasikiem. Nazywać się będzie „Sign”, bo w grece koine „znak” oznacza tyle co „cud”. Poza nami grać ma m.in. Darek Oleszkiewicz, bez którego nie wyobrażam sobie świata. To jest ojciec chrzestny mojej córki Marysi, mój najbliższy przyjaciel, jeden z najlepszych muzyków na świecie.

