Jak dmuchnięcie w popiół…

Film może być takim dmuchnięciem w popiół – są węgielki i jak ktoś w nie dmuchnie, to one na chwilę się rozżarzą. Zgaśnie z powrotem, ale coś się tam będzie dalej „jarać”. Dla mnie film nie jest najważniejszy w życiu. Nie mówię: ja robię filmy i będę wszystkich pouczał albo ewangelizował. Nie czuję się w żaden sposób lepszy od mojego widza, a czasem wręcz przeciwnie. I robię to też dla siebie, żeby chociaż przez chwilę być lepszym człowiekiem.

Z reżyserem filmowym, Radosławem Markiewiczem, rozmawia Katarzyna Cudzich

„Złom”, „Metanoia” i „Raj za daleko” to rodzaj trylogii. Jakie są powiązania między tymi filmami?

Przede wszystkim łączy je osoba bohatera. Jedna postać, która jakoś się rozwija. W „Złomie” bohater ma kilkanaście lat, w „Metanoi” jest w średnim wieku, w „Raju” już jest dziadkiem. To jest ta ciągłość. Ale z drugiej strony inspiracją dla tych filmów były najważniejsze cnoty: nadzieja, wiara i miłość. Tak to się łączy.

Ostatnia część, „Raj za daleko”, pokazywana była na różnych festiwalach i cieszyła się dobrym przyjęciem. A pozostałe filmy? Mało kto o nich słyszał…

„Złom” był pokazywany w TVP. Jeśli chodzi o „Metanoię”, to został on źle przyjęty przez krytyków i przez większą część publiczności… Telewizja się tego przestraszyła. Stwierdziła, że to jest film niekomercyjny, nikt go nie będzie oglądał. Puścili go w końcu o drugiej w nocy… Nie wiadomo na razie co będzie z „Rajzą” („Raj za daleko” – przyp. red.). Mamy pomysł, żeby samemu wydać wszystkie trzy filmy na DVD. Może się uda.

Mówi pan: filmy niekomercyjne. Czy w związku z tym można je zakwalifikować do kina awangardowego?

To nie jest kino awangardowe. To są proste filmy. Tu nie ma żadnych kombinacji. Filmy niekomercyjne czyli takie, które w pojęciu producentów, dystrybutorów czy prominentów będą miały niską oglądalność i nie zainteresują reklamodawców.

To dlaczego takie filmy?

Robię to, co czuję. Nie umiem inaczej. I nie chcę. Po to ma się talent, żeby go rozwijać, a nie marnować na jakieś pierdoły.

„Raj za daleko” – Jolanta Wiśnia, Józef Łuksin, Jan Skrzek

Mówił Pan o trzech cnotach. „Raj za daleko” dotyczy miłości. Jakiej?

Miłości do drugiego człowieka w ogóle, bo to jest podstawa. Dzięki starszym ludziom można ją pokazać w najczystszej formie. Albo przez nich, albo przez dzieci. I jedni i drudzy są czyści, szczerze okazują uczucia, liczą się dla nich tylko najważniejsze wartości. To znaczy kontakt – nie tylko z najbliższą rodziną, ale w ogóle, z drugim człowiekiem. Z nimi się świetnie pracuje. Na początku są niechętni, ciężko ich przekonać do tego, żeby wzięli udział w filmie. Przy „Rajzie” było tak, że jak pan Józef, mieszkaniec Domu Opieki Społecznej, zobaczył ekipę zdjęciową, to od razu chciał się wycofać. Ale po pierwszym dniu zdjęć mu przeszło. Drugiego dnia zaczynaliśmy o ósmej rano, a on siedział od siódmej i czekał na nas. Bardzo się angażował, bo miał poczucie, że jest potrzebny. Podobnie pan Ptak ze „Złomu”.

Na ile oni grali, na ile przedstawiali siebie?

Oni w ogóle nie grali. Najgorsze jest, kiedy naturszczyk zaczyna grać kogoś innego.

Więc to były ich historie?

Nie do końca. Jeżeli dobry aktor prowadzi scenę w pewnym kierunku, to naturszczyk dostosowuje się. Odnajduje siebie w wymyślonej historii. Przy „Złomie” i „Raju” (w „Metanoi” grali sami aktorzy) bardzo dużo było improwizacji. Niektóre sceny są czysto dokumentalne. W „Rajzie” jest taka scena przy samolotach, na wzgórzu. Dziadek przekonuje młodego, żeby się pogodził z ojcem. Ta scena miała być krótka, w scenariuszu było tego dialogu mniej, ale pan Józef ujawnił swoje własne uczucia – i nagle zrobił się z tego dokument. Czy w scenie przy ognisku, gdzie zaczął opowiadać o swoim synu. Słowa uznania dla Jacka Borusińskiego, który bardzo dobrze reagował w takich sytuacjach. Czasem pan Józef i pan Ptak po prostu zapominali o kamerze. Fikcja stawała się życiem.

Kto jest adresatem tych filmów?

Mam nadzieję, że wszyscy. „Złom” miał organizowane pokazy dla ludzi pracujących w opiece społecznej, po to, by z innej perspektywy spojrzeli na swych podopiecznych. Ale nie chciałbym, żeby były to filmy o miejscach i ludziach egzotycznych, o jakimś marginesie.

Ale trochę tak jest. Dużo śląskiego kolorytu lokalnego…

No tak. Każdy film powinien mieć jakieś warstwy. Musi się gdzieś dziać. Ale np. „Ojciec chrzestny” to nie jest film dla policji. Oto mi chodzi. To są uniwersalne historie. Z każdego filmu powinno się brać coś dla siebie, przeżywać go samemu. I ja, chociaż nie robię tych filmów o sobie, to szukam w nich siebie. Żeby coś poznać, coś zrozumieć.

Jak Bóg się przejawia w Pana filmach? Jak Pana relacja z Bogiem wpływa na ich tworzenie?

Jestem wierzący i to chyba widać. Nie wstydzę się tego. W „Rajzie” i „Złomie” wartości są oparte na czymś konkretnym, nie są wymyślone. „Metanoia” natomiast była realizowana w formie ikony – nie od strony formalnej, ale duchowego procesu pisania ikony. Twórcą ikony jest sam Bóg, a nie to narzędzie, które trzyma pędzel. I przez to właśnie ten film miał największe problemy. Nie ma co ukrywać, że jak powstaje coś dobrego, to jest ciężko. Nie dobrego, w sensie fajny film (śmiech), ale w sensie przesłania. Tam jest obecność Boga bardzo wprost. To też dało się zaobserwować na planie. W ogóle tworzenie, sztuka jest najbliższą formą kontaktu z Bogiem, średnio wierzący Fellini tak podobno mówił, a film jest jedną z najwyższych form sztuki, bo tam się wszystko ze sobą łączy: ciało, obraz, muzyka, słowo… W każdym z moich filmów jest próba dotknięcia Boga.

„Złom” – Michał Ptak, Wojciech Paszek

Mówi pan, że to dało się zaobserwować na planie. Chodzi o jakieś konkretne sytuacje?

Są takie sytuacje, kiedy dzieje się coś niezaplanowanego, a później się okazuje, że to jest genialne, że nikt nie byłby w stanie tego lepiej wymyślić. Przy „Metanoi” na przykład był taki moment: kręciliśmy scenę na wzgórzu, niedaleko Krakowa. Skały, Jura krakowsko-częstochowska. Środek nocy. Zdjęcia były wcześniej zaplanowane, scena zbiorowa: statyści wokół ogniska. Przyszli ludzie z pobliskich wsi, ale ponieważ kręcenie innych scen się przeciągnęło, wszyscy się rozeszli. Przy ognisku zostały może 3 – 4 osoby. A miało być kilkadziesiąt. Podkreślam: środek nocy, druga czy trzecia godzina. Dziura, zadupie totalne. Nagle słyszymy, że ktoś śpiewa. I te głosy zbliżają się w naszą stronę. Na placu, gdzie było rozpalone ognisko, pojawia się ze czterdzieści osób z pochodniami. Oczywiście chętnie wzięli udział w scenie. Cała ekipa była w ciężkim szoku. To była grupa młodzieży z księdzem. Mieli rajd nocny po Jurze, i podeszli, bo widzieli światła. Przypadek?… Wiele rzeczy wychodziło na montażu, kiedy wyłapywaliśmy takie różne „prezenty” od Boga, których wcześniej nie widzieliśmy, czy nie planowaliśmy.

Czy coś takiego jak film chrześcijański istnieje?

Żyjemy w takim świecie, że jeśli ktoś mówi wprost, że jest chrześcijaninem, to traktuje się go jak oszołoma. Już lepiej powiedzieć, że jest się homoseksualistą. W moim środowisku jest to dużo mniejszy obciach. Uważam, że nie ma czegoś takiego jak filmy chrześcijańskie. Można pewne idee przekazywać, można być w porządku przed Bogiem, nie uciekając się do przekazu wprost. W „Rajzie” nic nie jest pokazane wprost, a ludzie i tak to dostrzegają. „Metanoia” była bardziej bezpośrednia, ale od razu spotkała się z wściekłością. Jak jest dobro, to zaraz jest zło. I od razu dostaje się z buta. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie było warto. To było wspaniałe doświadczenie… Kino jest albo dobre, albo złe. To są szufladki, które się gdzieś tam wymyśla, ale ja tego nie potrzebuję. Nie szukam tego, nie kieruję się tym. Film ma być prawdziwy.

A kino propagujące pozytywne wartości?

A jakie powinno propagować? Ale z tym jest coraz trudniej. Wystarczy zobaczyć co ma dużą oglądalność. A robi się to, co ludzie chcą oglądać. W Krakowie była taka dyskusja, w której Sobolewski zwrócił uwagę, że „Pasja” działa na niektórych bardzo negatywnie, a za przeciwwagę podał film Pasoliniego „Salo – 120 dni Sodomy” – film bardzo kontrowersyjny, obrazoburczy, który na wielu działa oczyszczająco. To są paradoksy, ale czasem tak bywa. Pasolini, który był komuchem i stuprocentowym gejem, zrobił jeden z najlepszych filmów religijnych – „Ewangelia wg św. Mateusza”. I stracił przez to swoją legitymację partyjną. A z drugiej strony, może być chrześcijańskie medium, a nieść złe wartości… Duch wieje tam gdzie chce.

Czy Pan do swej ekipy dobiera ludzi, którzy podobnie myślą?

Trzymając się terminologii ikony – ekipa jest jak kolorowe farby. Nie ma złych i dobrych. Wszystkie są takie same – potrzebne. Jeżeli aktor podchodzi do swej pracy poważnie, to może mieć kompletnie inne przekonania, ale tę rzecz, którą ma do wykonania, zrobi dobrze. To nie jest tak, że dobry film, na przykład religijny, może zrobić ekipa w całości złożona z chrześcijan praktykujących. Nie. W filmie to akurat nie jest konieczne. To jest taka materia, która składa się z wielu czynników, nad którymi trzeba umieć zapanować. To jest zadanie reżysera.

„Metanoia” – Mariusz Bonaszewski, Marcin Stec

Ale czy może to służyć za narzędzie ewangelizacji? Przecież sztuki nie można całkiem oddzielać od życia.

Może. Ja myślę, że właśnie przy „Metanoi” była taka sytuacja, że niektóre osoby, które brały udział w kręceniu i te, które widziały tylko sam film, czegoś doświadczyły. Wiem to, bo ludzie sami przychodzili i mówili o tym. Czy to się później przełożyło na zmianę ich poglądów – tego nie wiem. Samo doświadczenie sztuki nie zmieni życia. Może to być jakiś impuls – widz coś zobaczy, coś poczuje i zacznie myśleć. Ale to jest cały proces, który musi być ciągły. Film może być takim dmuchnięciem w popiół – są węgielki i jak ktoś w nie dmuchnie, to one na chwilę się rozżarzą. Zgaśnie z powrotem, ale coś się tam będzie dalej „jarać”. Dla mnie film nie jest najważniejszy w życiu. Nie mówię: ja robię filmy i będę wszystkich pouczał albo ewangelizował. Nie czuję się w żaden sposób lepszy od mojego widza, a czasem wręcz przeciwnie. I robię to też dla siebie, żeby chociaż przez chwilę być lepszym człowiekiem.