Człowiek za burtą

fot. Wiesław Mażul

Szukając uniwersalnych pojęć wypływam na głęboką wodę. Rzucam hasłami, które czasem mnie przerastają. Zastanawiam się, czy ja w ogóle mam prawo wypowiadać się na takie tematy jak miłość czy szczęście w sposób definitywny.

O poszukiwaniu sacrum z MEZO rozmawia WERONIKA GURDEK

 

O czym jest „Eudaimonia”?

Klamrą spinającą płytę jest właśnie słowo eudaimonia, czyli pojęcie szczęścia według Arystotelesa, dosyć popularne w starożytności. Znalazłem to w „Historii filozofii” Władysława Tatarkiewicza. Czytałem ją zeszłej zimy, kiedy z żoną spędzaliśmy dużo czasu w domu wychowując przez pierwsze pół roku naszą córeczkę. Wspaniały czas. Pewnie nigdy bym nie przeczytał takiego tomiska, gdyby nie Zuza. A tak siedziałem w nocy, analizowałem, podkreślałem to, co mnie interesowało. Pojęcie eudaimonii spodobało mi się szczególnie. Nagrałem już kiedyś kawałek pt. „Szczęście”, potem napisałem jeszcze drugi. A teraz to słowo tak mi przypadło do gustu, że postanowiłem zrobić trzeci. Hasło eudaimonia jest intrygujące tym bardziej, że można je różnie rozumieć.

A Ty jak je rozumiesz?

Dla mnie jest to pewien proces, dążenie, poszukiwanie szczęścia. Ale oczywiście nie cała płyta o tym opowiada. W każdym razie Tatarkiewicz mnie zainspirował.

Szczerze powiedziawszy zaskoczyłeś mnie tą informacją. Choć to podstawowa lektura na wielu kierunkach humanistycznych, mało kto podchodzi do niej aż tak poważnie.

Zgadza się, ale ja już na pierwszym roku postanowiłem, że ją przeczytam i w końcu się udało.

Czy po wydaniu płyty „Eudaimonia” interesowały się Tobą jakieś media chrześcijańskie?

Nie. Ale dostaję różne sygnały od księży czy osób świeckich, że płyta się podoba, że niesie uniwersalne wartości, które wiążą się z chrześcijaństwem. Najczęściej sygnały te dotyczą singla „Sacrum”.

No właśnie. To może ja Ci powiem, co mnie zaintrygowało. Piękny tekst o miłości – miłości pomiędzy Bogiem a człowiekiem lub pomiędzy dwojgiem osób, ale w takiej bardzo chrześcijańskiej formie. To wszystko w bardzo medialnym wydaniu, z pięknym refrenem Kasi Wilk. Rozpracujmy utwór „Sacrum”. Co poeta miał na myśli?

Każdy człowiek ma potrzebę czegoś najważniejszego w swoim życiu, czegoś, co jest poza nim, potrzebę sacrum. W jakimś wymiarze chce obcować z Najwyższym Bytem. W zmaganiach z codziennością, z realiami świata potrzebuje chwili ucieczki do swojego sacrum. I tym sacrum może być Bóg, miłość, rodzina – pojęcia uniwersalne. I to był punkt wyjścia do tego utworu. Kiedy go pisałem, byłem trochę zaskoczony, bo rzeczywiście jego wymowa bardzo pasuje do kontekstu Boga. Chciałem nawet zaprosić Mietka Szcześniaka do współpracy, ale się nie udało. Mietek zaśpiewał na płycie w innym kawałku.

Szukanie pojęć uniwersalnych może czasami nas wyprowadzić w pole. Błędne rozumienie wartości uniwersalnych, czy może inaczej – brak źródła tych wartości, prowadzi do rodzaju ogólnej pozytywności i braku odniesienia. Jesteś za tym, żeby kultura wypowiadała się konkretnie, czy uważasz raczej, że powinno być ogólnie fajnie, pozytywnie, tak aby każdy mógł sobie dobudować własną teorię?

Hm… Trudno jednoznacznie odpowiedzieć.

No to mamy odpowiedź! (śmiech)

A uważasz, że „Sacrum” jest precyzyjne, konkretne?

„Sacrum” tak. Ale całość płyty jest bardzo swobodna, jeśli chodzi o przesłanie. Muszę powiedzieć, że jest ono dosyć rozmyte.

Powiem tak: ja szukając tych uniwersalnych pojęć wypływam na głęboką wodę. Rzucam nieraz hasłami, które mnie przerastają. Zastanawiam się, czy ja w ogóle mam prawo wypowiadać się na takie tematy jak miłość czy szczęście w sposób definitywny. Mimo wszystko jestem chyba za tą dowolnością interpretacji. Niech każdy wyciąga z mojej twórczości to, co chce.

A możesz coś powiedzieć o swojej duchowości?

Mogę, oczywiście. Jestem katolikiem. Wychowałem się w rodzinie katolickiej, zostałem ochrzczony, przystąpiłem do I komunii świętej, do bierzmowania. Dzisiaj mam jednak różne wątpliwości, jestem człowiekiem poszukującym. Odczuwałem nad sobą obecność Boga. Dostaję różne znaki z góry. Wiem, że On tam jest, że się mną opiekuje, że się o mnie troszczy. Znam wielu księży, zresztą jeden z nich błogosławił nasz ślub, a naszemu dziecku udzielił chrztu. Jednak mam do wiary podejście bardzo osobiste.

Nie masz wrażenia, że ludzie dziś nie chcą mówić, w co wierzą? Boją się stawiać te najważniejsze pytania: o cel życia, o to, co po śmierci.

Jest tak, bo żyjemy w świecie wielkiej konkurencji i wyścigu szczurów. Każdy chce się zająć sobą i swoimi dobrami materialnymi. Brakuje nam czasu na refleksję. Ja staram się przypominać o tym, co w życiu ważne. To, że mam możliwość wypowiadania się poprzez media, jest dla mnie wielkim wyróżnieniem, ale też zadaniem i odpowiedzialnością. Mogę powiedzieć tylko tyle: bardzo, ale to bardzo trudno jest dotrzeć z wartościowymi utworami do szerokiej publiczności. Muzyka rozrywkowa stawia na rozrywkę. Żeby gdziekolwiek zagrać, trzeba dać się przebadać na wszelkie sposoby i czasem zgodzić się, aby z całości repertuaru ktoś wybrał te kawałki, które są łatwe, lekkie i przyjemne. Droga z mądrym przekazem to droga wbrew wszystkim. Ale cieszę się, że coś mi się jednak udało. Nie wiem właściwie dlaczego. Czy to zasługa Kasi Wilk, która bardzo ładnie śpiewa refreny, czy podkłady moich kawałków komuś się spodobały, czy w końcu sam tekst jest jednak tekstem strawnym dla mas. Nie wiem. Wiem, że kiedy pisałem „Sacrum” nie przypuszczałem, że ten kawałek będzie singlem, że będzie na listach, w podsumowaniach rocznych itp. Jeśli w show biznesie uda się przemycić tego rodzaju utwór, to jest to absolutnie wyjątkowa sprawa.

Wróciłabym jeszcze do tych różnorodnych pojęć, które pojawiają się na płycie. Trochę tego jest: sacrum, eudaimonia, nirwana, karma… Etymologie tych słów odsyłają do różnych kultur, religii, na różne kontynenty. Pachnie mi to trochę New Agem, ogólna pozytywka. Nie boisz się, że popłyniesz? Mówiłeś o głębokiej wodzie – nie boisz się, że zatoniesz?

Wiesz, boję się. W tych poszukiwaniach płynę na różnych falach. Akurat te słowa nie były użyte w jakimś głębokim kontekście. Ale ja mam taki charakter, lubię eksperymentować, drążyć. Tak też jest u mnie ze stosunkiem do Kościoła. Czasem mówię sobie: nie przyczepiaj się do celibatu księży, do ubóstwa zakonników, tylko to przyjmij, nawet jeśli nie rozumiesz. Na razie nie potrafię. Może kiedyś.

Co oznacza Twoje logo?

Na początku rapowałem w grupie, nazywaliśmy się „Lajner”. Na zasadzie chybił-trafił otworzyliśmy słownik i wyszło „lajner”, czyli statek, liniowiec. I tak już zostało. Zrobiłem sobie z tego logo, rodzaj emblematu i dorobiłem do niego ideologię: jestem na statku, każdy, kto ze mną współpracuje – raper, producent – wbija się na moją łajbę. Ja jestem kapitanem i razem szukamy właściwego kursu.

Płyniecie pod prąd czy z prądem?

Różnie, czasem pod, czasem z nurtem. Ale motyw statku jest przewodnim motywem mojej twórczości.

Podjąłeś na płycie ważne i trudne tematy, chociażby konflikt Wschód-Zachód. Co Cię do tego skłoniło?

Na poprzednich płytach też podejmowałem poważne tematy, więc na „Eudaimoii” one również są obecne. Może dlatego, że studiuję politologię, dużo czytam, staram się być na bieżąco. W „Spirali nienawiści” mówię głosami przedstawicieli obu stron – Zachodu, chrześcijan i Wschodu, muzułmanów. W trzeciej zwrotce szukam (znowu!) tego, co uniwersalne. Snuję refleksję, że pokój to jest stan do wypracowania, a nie coś dane raz na zawsze.

Wiele osób zarzuca Ci komercję, że to, co robisz, robisz dla pieniędzy. Jak myślisz, czy to choroba Polaków? Nie potrafią się cieszyć z cudzego szczęścia?

W dużej części chyba tak. W show biznesie jest wiele pokus, także komercyjnych. Ale ja staram się z nimi walczyć. To, co robię, jest moim zawodem, jednak wkładam w to również wielką pasję. Piszę teksty o tym, co dla mnie ważne, a płytę promuję na różne sposoby, gdzie to tylko możliwe. Gram dużo koncertów, zarabiam w ten sposób. Pieniądze są dla mnie istotne, bo mam rodzinę, żonę, dziecko. Nie mam zamiaru prowadzić jakiegoś ascetycznego stylu życia, ale podchodzę do gotówki bardzo racjonalnie. A z reguły już tak jest, że jak komuś się powiedzie, to inni szukają sposobu, żeby mu dopiec. Normalka.

Ciężko jest udowodnić swoją autentyczność?

Ciężko. Żyję z taką opinią o mnie. Przyzwyczaiłem się i nie rozpaczam.

A czujesz się osaczony przez środowisko hip-hopowe?

Przyzwyczaiłem się. Ktoś może o mnie powiedzieć różne rzeczy, ale ja się wywodzę z tego środowiska. Nie z tego nurtu ulicznego, ale mając dziewiętnaście, dwadzieścia lat jeździłem po klubach, supportowałem różne zespoły, grając za przysłowiowego browara, dokładałem do interesu, ale to była moja wielka pasja. Był taki moment w moim życiu, że nie miałem innego celu – tylko muzyka, tylko hip-hop. Nie miałem dziewczyny, nie wiedziałem, że będę miał za kilka lat rodzinę, muzyka była wszystkim. I tego zakorzenienia w hip-hopie nikt mi nie zabierze. Kiedy wydałem pierwszą płytę na legalu, zaczęły mnie słuchać dzieciaki, które co dzień nie słuchają hip-hopu. Dla wielu to jest koronny argument: jeśli Twojej muzyki słuchają dwunastolatki, coś z nią nie w porządku. Na początku bardzo mnie te głosy martwiły. Dziś już się nimi nie przejmuję.

Masz na swoim koncie kilka odważnych wystąpień: obchody poznańskiego czerwca, koncert w Watykanie. To są wydarzenia, które Cię kreują, opisują…

Tak, jestem trochę kontrowersyjny, bo nie zawsze zgadzam się z młodzieżowymi modami. Buntuję się dla jakiegoś celu, a nie dla buntu. W nawiązaniu do tego, o czym mówiliśmy wcześniej – jestem jednak dosyć wyrazisty i to się nie wszystkim podoba. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem „wszyscy tak robią”. Ja mam swoje poglądy, swoje decyzje. Odpowiadam za nie. Nie zgadzam się też z amerykańską wizją hip-hopu, który jest bardzo hedonistyczny: roznegliżowane kobiety, biżuteria, złote zęby. Nie utożsamiam się z tym. Dla mnie rap to sposób wypowiadania się. Wychowałem się na tej muzyce, ona do mnie przemówiła, a teraz ja przez nią przemawiam. A powiedzieć można wiele, bo rap jest bardzo treściwy, zwrotki są długie, dają szansę na mocne przesłanie.

Opowiedz coś więcej o koncercie w Watykanie – „Artyści w hołdzie Janowi Pawłowi II”.

To było dla mnie wielkie przeżycie. Spędziliśmy w Watykanie w sumie cztery dni. Poznałem wielu ciekawych ludzi. Miecza Szcześniaka znałem już wcześniej, ale wtedy miałem okazję poznać cały jego zespół, ludzi bardzo wartościowych, bardzo zaangażowanych religijnie. Od jednego z uczestników koncertu dostałem egzemplarz Pisma Świętego. Dzień po koncercie mieliśmy specjalną audiencję u Benedykta XVI, każdy z nas mógł pocałować Ojca Świętego w pierścień. Ktoś z końca sali zrobił nam zdjęcie z Benedyktem, także mam wspaniałą pamiątkę. Moja żona oczywiście nie mogła się nie rozpłakać (śmiech).

Na koniec podziel się wrażeniami ze współpracy z Mietkiem Szcześniakiem…

Mietka miałem szczęście poznać w Opolu, na festiwalu w 2005 roku. Rozmawialiśmy o jego płycie, że może będzie szukał ludzi do współpracy. Wymieniliśmy się telefonami. Na wiosnę następnego roku zadzwonił i zaprosił mnie na swoją płytę, do dwóch utworów: „Kiełbie we łbie” i „Poplątało się”. Pomyślałem, że fajnie by było, jakby Mietek mógł mi się zrewanżować. Zaproponowałem mu współpracę nad utworem „Wstawaj”. Mieliśmy na to pięć dni, przed festiwalem w Sopocie. I udało się. Miecz nagrywał te refreny w nocy, tak bardzo mu zależało. Dziś jest moim dobrym znajomym, cenię go również niezmiernie jako muzyka.

Podyskutuj z autorem:
weronika.gurdek@ruah.pl